Towarzystwo Podróżnicze im. Sir Dylana Quatermaina

Z Wiki_RH
Skocz do: nawigacja, szukaj
Bandera Niezatapialnego II
Towarzystwo.png
Założyciel

Sir Dylan Aleister Wulfryk Brian Percival Francis Quatermain

Spadkobierca

Panicz Albert Scott MacKenzie

Kapitan

Teysa Vess

Pierwszy Oficer

zostanie wybrany

Główny inżynier

Beruna Kal Cogmaker

Kwatermistrzyni i Kronikarz

Delinerion Ousseaunathemar

Dział Magii i Nauki
Ochrona
Załoga
  • Aidan (szczur pokładowy),
  • Hugo (kucharz),
  • Wieloimienny Tłum Marynarzy i Majtków
Status Niezatapialnego II

Leci ponad Doliną Duszących Cierni.

Status Załogi

Pełna.

Reguły
  • Bez SW
  • Zdrowy rozsądek
  • Storytelling
Rekrutacja
  • Obecnie zamknięta
Motyw muzyczny

[1]

Wstęp

Gdzieś w Gilneas

Ogień w kominku trzaskał spokojnie, wypełniając pokój ciepłem i bardzo przytulną atmosferą. Był już późny wieczór, za oknem słońce dawno przestało oświetlać zachodnią ścianę budynku, a ostatnie ciepłe smugi światła zniknęły jakąś godzinę temu. Pomieszczenie było dość duże, lecz wszelkie trofea uwieszone ścian i sufitu zmniejszały go znacznie. Na grubym dywanie w rozsądnej odległości od kominka ustawiony był solidny fotel ze zdobnymi poręczami, a na nim właśnie siedział pyzaty młodzian w wieku ledwie dojrzałym.

- I właśnie w tym momencie wszyscy dowiedzieliśmy, że nas oszukano. Całe złoto i artefakty, ba! - podniósł głos starzec siedzący obok niego, gestykulując przy tym żywo – Nawet mapy, dzienniki i ta nieszczęsna zabawka... wszystko przepadło. I tego dnia nauczyliśmy się, że nawet pozornie miłym kupcom nie należy do końca ufać.

Starzec klepnął się w kolano i pokręcił głową, choć mimo wzburzenia pod nosem miał tęskny uśmiech.

- To bardzo ciekawa historia, dziadku. - bez namysłu powiedział młodzieniec, który podobnych historii wysłuchiwał już setki i doskonale wiedział, kiedy zareagować by szanowny przodek był zadowolony.

- Taaaaak... - westchnął starzec. - Szkoda wielka, że to już dawno minęło. Ha... jakbyś zjawił się na świecie wcześniej, pewnie wziąłbym cię ze sobą. Przeżyłbyś tyle wspaniałych przygód, że sam mógłbyś wszystkim je opowiadać z łezką w oku.

- Niestety, pewnie teraz nie mam najmniejszej szansy na to. - rzekł młodzieniec z ulgą w głosie.

Dziadek pokiwał głową i marszcząc w namyśle brwi spojrzał nieco zamglonym wzrokiem na ogień. Oparł brodę o sękate knykcie sprawnej dłoni i westchnął cicho. Przez dobre parę minut było cicho, co wnuk odebrał jako sygnał, by wrócić do swoich zajęć i odzyskać upragnioną wolność tego wieczoru. Począł się podnosić, gdy nagle starszy mężczyzna zakrzyknął tryumfalnie i klasnął w dłonie.

- O nie! Nic straconego, mój Albercie! - odwrócił w jego stronę skrzące się entuzjastycznie oczy. - To, że świat uległ zmianie oznacza, że to początek nowej przygody, a nie jej koniec!

Młodzieniec na te słowa zbladł, jakby doskonale wiedząc, do czego dąży tok myślowy dziadka. Wzrokiem odprowadził poruszający się z zawrotną prędkością wózek, który z okolic kominka przemieścił się do wielkiego biurka stojącego przy ścianie, tuż pod wielką głową białego tygrysa.

- Zawołaj proszę pana Lockharta... i swoją cudowną matkę. Jest dużo do zrobienia, zanim cała wyprawa ruszy, ale z pewnością nie pożałujesz! - entuzjazm w głosie starca sięgnął zenitu, co spowodowało, że ten rozkaszlał się solidnie i jakby nigdy nic wrócił do przestawiania papierów na biurku.

- Ależ... dziadku... co dziadek...? - wymamrotał młodzieniec przerażony nie na żarty.

- No już już... - machnął ręką zbywająco. - Zawołaj ich i mi nie przeszkadzaj. Spakuj się, najlepiej. Albo się nie pakuj jeszcze, nie wiem ile to potrwa.

Chłopak zwany Albertem z wyrazem bezgranicznego nieszczęścia na twarzy wyszedł z pokoju i zamknął za sobą cicho grube, dębowe drzwi. Starzec już nie zwracał na niego uwagi, tylko mamrotał coś pod nosem, a ożywione spojrzenie wodziło ochoczo po rozłożonych przed nim planach konstrukcyjnych podpisanych Niezatapialny II.

- To potrwa zanim go skończymy. Nie wiem czemu wtedy porzuciłem ten pomysł, jest przecież genialny. - zaszeleścił pergaminem odwracając go na drugą stronę i mrużąc oczy nad drobnym pismem. - Ciekawe, czy Cogmakerowie wciąż będą zainteresowani dokończeniem tego projektu... hm hm hm... Przyda się też kapitan. Jakaś ochrona może, bo biedny Albert boi się trzymać nawet nóż do masła...

Sięgnął do najniższej szuflady i wyjął z niego opasłe tomisko, które okazało się ręcznie wypełnionym dziennikiem. Przerzucił kilka kartek w poszukiwaniu właściwej strony i wskazał palcem na znalezionym fragmencie.

- No proszę... jeszcze mam ten adres. Kapitan Teysa Vess... moja droga, pora odnowić nasz zażyły kontakt z Akademii.

Sięgnął po czysty pergamin listowy i zaczął pisać.

Tam gdzie praca wre

- Nie nie nie nie... NIE! - ogromna taurenka huknęła donośnym głosem przebijając się jakimś cudem przez dźwięk walenia młotów i rżnięcia metalu.

- Jak to nie? Przecież na planach jest wystarczająco dużo miejsca na działko o tutaj. Może się przydać! - obruszył się niski jegomość w okularach, który wisiał na uprzęży przy burcie. Osmalony, wielki nos człowieka bardzo rozpraszał taurenkę, ale starała się skupić wzrok na jego oczach, choć i to proste nie było.

- Sir Dylan wyraził się jasno! To ma być wyprawa, a wszelkie uzbrojenie ma służyć tylko obronie! Działa na spodniej stronie sugerują, że masz inny pomysł! Nie robię machiny wojennej, mówiłam, że z tym koniec!

Człowiek z niezadowolonym prychnięciem złożył wygniecione już plany i łypnął na nią spod krzaczastej, pojedyńczej brwi. Beruna wciąż nie mogła zrozumieć jakim cudem nos inżyniera był spalony, a jednak zachował pełne owłosienie twarzy.

- Mamy mało czasu! Trzymaj się grafiku i Nie. Kom. Bi. Nuj! - z każdym z tych słów dźgnęła go w chudą pierś. - I pilnuj swoich, bo zaczynają znikać narzędzia! Jak przyłapię dziś kogoś na wynoszeniu sprzętu, to na nim usiądę!

- Doooobra. - machnął rękami aż musiała się odsunąć i pociągnął kilka sznurków, by znaleźć się dwa metry nad jej głową. Odpiął młotek od pasa i wrócił do pracy.

Z głuchym sapnięciem przyglądała się mu chwilę, a potem obróciła się w stronę, z której ktoś ją wołał.

- Idę już, idę!

Na pokładzie

Lewa. Prawa. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa…

Z każdym krokiem obcasy butów odzywały się wyraźnym dźwiękiem na deskach pokładu. Kobieta przechadzała się po kilka metrów, raz w jedną, raz w drugą stronę, zatrzymując się tylko na ułamek sekundy by wykręcić pełnego gracji pirueta na którymś z obcasów. Dłonie trzymała złożone za plecami, zaciskając palce na rękawiczkach. Obserwująca ją taurenka przełknęła ślinę.

- Jeszcze raz, Pani Cogmaker… - padło spokojnym, dyplomatycznym tonem. Który zabrzmiał co najmniej niepokojąco dzięki stukotowi butów w tle.

- No więc, Pani Kapitan… mamy problem z ładownością! - taurenka naprawdę starała się zachować poziom głosu uznawany za “jeszcze nie krzyk”. Skrzywienie na twarzy półelfki sugerowało jednak wyraźnie, że na dobrych chęciach się skończyło.

- Co konkretniej?

- Ładownie statku nie są przystosowane do zapasów na tak długą planowaną podróż! Mamy za ciężką dupę…

- Załadujcie tylko to, czego nie będziemy mogli zdobyć na trasie. Resztę dokupimy.

- Tak jest! - Taurenka odmaszerowała w trybie pilnym, zagłuszając na chwile obcasy półelfki. Za drzwiami kajuty kapitańskiej zagrzmiała… - Zostaw ten cholerny fortepian! Nie bierzemy go! Co mnie obchodzi że Jego Delikatny Tyłek MacKenzie ma ambicje szlifować umiejętności. Kapitan powiedziała, że nie bierzemy!

Lewa. Prawa. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa…

Elfka zatrzymała się w końcu i spojrzała w górę. W suficie brakowało dalej kilkunastu desek, ale wszystkie elementy nośne statku były już gotowe.

- No to jeszcze poszukać Kwatermistrza...

W Zatoce Łupów

Jedna z tawern, tych gorszych, w których robotnicy portowi przegrywają w karty swoje marne wypłaty. Cuchnie potem, glonami gnijącymi na palach pomostów i dymem. Mimo wczesnej godziny, w ciasnym pomieszczeniu panuje gwar – ktoś awanturuje się przy szynku, grupa robotników ściśnięta nad dwójką graczy głośno komentuje mecz, przepychający się marynarz klnie na pijanego dziada, który niechcący dźgnął go łokciem. Nikt nie zauważa subtelnego ruchu, gdy jeden z gości podmienia swoje piwo z piwem sąsiada.

Ścierwa. Niegroźne. – myśli mężczyzna, przysuwając bliżej zamieniony kufel. Nie zdradził się, nie powinni go rozpoznać. Ale – Ostrożność. Ostrożność nie zaszkodzi. Nawyk.

Odrywa czujny wzrok od zamykających się drzwi i wraca do nabijania fajki. Przez chwilę obraca w palcach małą, brunatną kulkę opium. W końcu rozgniata ją i prószy woskowym proszkiem do komina. Nie oszukuje się wmawiając sobie, że to nie przytępia zmysłów. Oszukuje się mówiąc sobie, że tego potrzebuje. Gdy tytoń zaczyna się żarzyć, opuszcza wzrok na leżący na blacie pergamin.

Wyprawa badawcza, hm?

To nie jest jego zwyczajny rodzaj roboty. Ochrona wymaga przebywania w jednym miejscu, długo, z tymi samymi ludźmi. Ludzie mogą zadawać pytania. Może być ich dużo. Może nie być łatwo w razie czego pozbyć się śladów. Problemy.

To nie rodzaj ludzi, których powinieneś się obawiać. Uczeni. Niegroźni.

Nie, nie, nie, głupi, głupi, nie można tak myśleć. Oni chcą, żebyś tak myślał.

Jesteś tu już za długo, czas się przenieść. Będą się przenosić z miejsca na miejsce, idealna sytuacja. I może, może…

Nie. Nawet nie próbuj. Po co ci to? Nadzieja to słaby punkt.

Różne miejsca, cały świat. Może gdzieś tam jest odpowiedź…

Statek. Statek to pułapka bez wyjścia.

Nie mam nic do stracenia.

Mężczyzna zgarnia pergamin i wstaje, zostawiając nieruszone piwo. Nie ma nic do stracenia. Tylko osiem nic nie znaczących cyfr i imię: Krogulec.

Kul Tiras, Uniwersytet w Boralus

- Rektorze, nalegam aby pan jeszcze raz przemyślał tę decyzję. Samo nazwisko Quatermaina…

- Przykro mi. To moje ostatnie słowo, pani Serrano.

- Nie proszę o finansowanie, proszę tylko o urlop naukowy. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego… - ostro zarysowane brwi kobiety ściągnęły się w wyrazie nieprzyjemnego zrozumienia. Szarpnęła głową gwałtownie, uwalniając z misternego splotu kilka złotych pasm. - To sprawka mojego ojca, prawda? Próbował pana zastraszyć? …Oh, oczywiście, że próbował. Jak widzę, odniósł sukces.

Szacowny Rektor Uniwersytetu Kul Tiras westchnął, składając okulary. W szlachetnych rysach malowało się strapienie.

- Proszę mnie zrozumieć, pani Serrano. Pani rodzina wspiera Uniwersytet od pokoleń, nie jestem w pozycji, by odmawiać pani ojcu. Który, jak pani zapewne wie jest bardzo przeciwny tej wyprawie.

- A pan, Rektorze, doskonale wie dlaczego. I nie ma to nic wspólnego ani z dobrem Uniwersytetu, ani moim – głos kobiety zaczął się podnosić, niebezpiecznie zbliżając się do krzyku – Ta wyprawa może przynieść przełomowe odkrycia. Od trzydziestu lat nikt nie poszedł śladami Quatermaina a teraz nie kto inny a on sam we własnej osobie organizuje kolejną ekspedycję. I pan, panie Zesterling chce zmarnować tą szansę. Bo Kartel dyktuje panu warunki.

- Przykro mi, pani Serrano. Mam związane ręce.

Drobna dłoń, zaciśnięta w pięść w ostatniej chwili zatrzymała się nad biurkiem Rektora. Pani Sybil Leona Satriani wzięła głęboki wdech i wyprostowała się z godnością.

- Rozumiem. W takim razie składam na pana ręce rezygnację. Jutro zabiorę swoje rzeczy z gabinetu.

- To niemożliwe. Zdaje sobie pani sprawę z tego, że potrzebuję czasu, by znaleźć nowego kierownika katedry…

- To jak sądzę już nie mój problem – odparła kobieta, odwracając się na pięcie – A teraz zechce mi pan wybaczyć, Rektorze, statek do Zatoki Łupów odpływa jutro rano.

Stormwind, Dzielnica Magów

- Nazwisko Sir Quatermaina jest powszechnie znane, a to… Doskonała wiadomość! O ile oczywiście zechcesz przyjąć zaproszenie - dodaje, przekazując pergamin z powrotem.

- Nie wiem. - wzdycha cicho, a pergamin chowa między tomy. - Niepokoi mnie samotna podróż i branie udziału w wyprawie bez znajomości… kogokolwiek. Poprzednim razem to… am… nie skończyło się kolorowo.

Przez szczerą, piegowatą twarz rycerza przemyka cień zakłopotania, gdy sięga ku elfiej drobnej dłoni.

- Świata jest stanowczo za dużo na to, by trzymać się wytyczonych ścieżek - speszenie szybko niknie, gdy dwornym ruchem ujmuje rękę damy i skłania się przy tym nisko, niemal opadając na jedno kolano - To twe własne słowa, Pani. Bez względu na to, czy ścieżkę wytycza nam przeszłość, czy mapy… warto zaspokajać ciekawość.

Po tych słowach podnosi wzrok, badając reakcje na taką zuchwałość.

- Jeśli pozwolisz, będę twą tarczą, Pani.

Długa chwila wahania ciąży ciszą pomiędzy dwójką, aż w końcu Delinerion odzywa się cichym, nieśmiałym głosem.

- Pozwolę...

Dalaran, jeden z tarasów

Niebo Dachu Świata spowijają ciężkie chmury, nadając mu w istocie posępny wygląd.

Z tarasu w latającym mieście chmury te są bliższe, bardziej rzeczywiste. Samotna postać stoi oparta o balustradę, ściskając w dłoni kartkę papieru. Piorun przecina nagle nieboskłon. Ponury grom przerywa ciszę niczym miecz tnący ciało.

„... użyczyć ekstraordynaryjnych zdolności wyprawie naukowej”. Odczytał szeptem elf, gdy grzmot przestał rozbrzmiewać między wysokimi budynkami. „... Z uwagi na doświadczenie w podróżach i dowiedzioną umiejętność usuwania fizycznych i niefizycznych zagrożeń...”. Parsknął szczerym śmiechem, zaraz jednak spoważniał. Zwrócił się ku ziejącej przed nim przepaści, od której oddzielała go tylko niewysoka barierka. Wypowiedział imię, ale niczym w łzawym dramacie z dobrą narracją, jego głos zagłuszyło kolejne wyładowanie rozgniewanej natury. Była to obietnica z rodzaju tych, które trzeba dotrzymać.

Podjąwszy decyzję, ruszył do wyjścia.

Miał list, na który musiał odpowiedzieć i czekała go droga, do której należało się przygotować.

Niezatapialny II

Niezatapialny II.jpg

Podróż po Wschodnim Kontynencie

List sir Dylana

Moi drodzy,

Z powodów co niektórym znanych, nie będzie mnie z Wami w dniu, którego ruszycie w podróż. Wiele bym oddał, by móc razem z Wami stanąć na pokładzie Niezatapialnego i odwiedzić wszystkie miejsca tak zmienione w czasie ostatnich wydarzeń. Zwiedziłem kawał świata, odkryłem bardzo dużo nowych miejsc, przedmiotów, stworzeń i istot. Nie dałem rady odkryć go całego, a teraz jest to zupełnie nowa kraina, czekająca na kolejnych śmiałków gotowych na trudy podróży i niebezpieczeństwa przygód. Wciąż mam w sobie tą iskrę odkrywcy i zapewne trudno mi będzie znaleźć choćby chwilę wolną od tego aż do końca moich dni. Mam zatem nadzieję, że przynajmniej zapiski z obcych krain dadzą mi chwilę spokoju.

Dlatego też, oddaję Wam Niezatapialnego. Jest do Waszej dyspozycji, użyjcie go w celu odkrywania tego, co świat podaje wystarczająco odważnym i ciekawym. Sprawdźcie jego wytrzymałość w obliczu sztormów nad Wielkim Morzem, zobaczcie czy widać z niego będzie dno Zatoki Łupów, dowiedzcie się czy widać Dach Świata z północnego brzegu Kalimdoru i czy da się poczuć żar pustyni Tanaris będąc wysoko na niebie. Odkryjcie jak wyglądają nowe koryta rzek, przyjrzyjcie się zmianom wywołanym przez pęknięcie kontynentu. Zobaczcie to wszystko, poczujcie na własnej skórze, zasmakujcie osobiście.

Nic nie zostawia większego śladu na duszy jak własne doświadczenia. Książki, obrazy czy muzyka to tylko odległe echa tego, jak można się czuć i co można widzieć stojąc na szczycie skutej lodem góry czy znosząc żar tropików pomiędzy barwną florą. Nic bardziej nie powoduje, że umysł i ciało dorastają, a ego pokornieje, jak trudy podróży i poczucie ogromu świata. Poświęciłbym wszystko, by móc znów doświadczyć tego osobiście, lecz to już nie mój czas. To Wasz czas i czas mojego wnuka, Alberta, którego oddaję Wam w opiekę. Dlatego, życzę Wam udanej, choć nie tak łatwej podróży.

Bądźcie odkrywcami.

Sir Dylan Aleister Wulfryk Brian Percival Francis Quatermain

Trasa Niezatapialnego II

  1. Dolina Duszących Cierni
    • Początek podróży - zebranie pozostałej załogi i zwerbowanie ostatnich podróżnych koło Zatoki Łupów
    • Poszukiwanie rzadkiej flory - odszukanie i znalezienie leczącej odmiany halucynogennego kwiatu
    • Chata w środku dżungli - zmuszeni do noclegu w chacie nieobecnego już malarza
    • Skarb w głębinach - sen kwatermistrza pomaga odnaleźć zagadkową skrzynię, która na razie pozostaje zamknięta, na wszelki wypadek
    • Przerwa - lądowanie w małym goblińskim porcie i plażowe szaleństwo
    • Lost in translation - soon
  2. Lakeshire - soon