Skarb Mentora cz. 2

Z Wiki_RH
Skocz do: nawigacja, szukaj


Dalsza część opisu Skarbu Mentora

Część V - Loch Modan

Poszukiwacze po rozwiązaniu następnej zagadki Mentora postawili żagle i skierowali swój statek do Wschodnich Królestw. Po drodze spotkał ich sztorm lub dwa, ale w końcu dotarli.

Tam gdzie lud nisko ku ziemi się schyla
Gdzie zbiornik potężny swą mocą się dzieli
Tam Ci, co skałę okiełznać zdołali,
Jego także poskromili za sprawa trzech braci,
Co na straży jego stoją w tyle go mając
Skarbem jego na mokre ziemie plując
Ten co między innymi mądrość w sobie niesie



"Szansa" zrzuciła kotwicę w porcie Menethil, a w drogę do Loch Modan ruszyli Steaven, Mutai, Karwelas, Rean i Elissa. Tam, po krótkim spotkaniu z krasnoludzkimi oszustami, w końcu udało im się odkryć wejście do kolejnego miejsca, gdzie czekała ich próba. Na rozwiązanie wpadli całkiem szybko, a dokładniej zrobił to Steaven. Golem, z którym musieli się zmierzyć został pokonany w dość niekonwencjonalny sposób - przez złożenie zupełnie broni. Dorwali kolejny kawałek pergaminu. Piąty.


Steaven says: dobra panowie... i pani... <dodał ze skinięciem po chwili przypominajac sobie o niej> przykładać dłonie.

Elissa podchodzi i wpycha lapke od otworu

Karwelas przylozyl reke

Rean skinal glowa i przylozyl dlon do wyznaczonego miejsca

Mutai zasnał i zaczał głosno chrapac

Steaven says: Mutai !
Steaven says: Łape dawaj, nie denerwuj ludzi !

Cała sala kończy się przy niskim piedestale, na którym znajduje się rzeźba. Kamień, z którego została wykonana, wydaje się być nieco ciemniejszy niż reszta sali. Przedstawia ona humanoida siedzącego z zasępionym i zamyślonym wyrazem na nieludzkiej twarzy. Jest on mniej więcej trzy razy większy od zwykłego człowieka i bardzo krępy. Wpatruje się on tępo przed siebie, mając szeroko rozstawione nogi, jakby siedział dość wygodnie. Jedna ręka wspiera się łokciem o kolano, a broda zamyślonego leży na otwartej dłoni. Palce zaginają się lekko, dotykając miejsca, gdzie normalnie powinny być usta – jednakże postać ich nie posiada. Druga ręka, również wsparta o kolano, lecz w połowie przedramienia, trzyma wielki miecz, długości całej jego nogi. Postać jest naga, lecz prócz zarysowanych wyraźnie mięśni klatki piersiowej i brzucha, nie ma więcej anatomicznych szczegółów. Kilka płatów mchu zdołało obrosnąć nieszczęsną rzeźbę, czekającą w tym pomieszczeniu jakby na zbawienie. Gdy Steaven, a za nim Elissa zblizyli sie do golema ten drgnal. Kilka malych kamyczkow ulecialo z miejsc gdzie powinny byc u czlowieka stawy. Rzezba wtedy ozyla i wstala, prezentujac sie w calej krasie. Wysokosci byla trzech dlugosci Steavena.

Karwelas says: Emm. Staven. Wyciagamy bron?
Rean says: oo..<spojrzal na rzezbe> Chce taka.
Steaven says: nie... narazie... <ukłonił się rzeźbie> Wybacz że zakłócamy spokój.

Golem wtedy siegnal po miecz i zarzucil go na ramie.

Steaven says: Jesteśmy przysłani przez twojego stwór... <przełknał ślinę ale zachował spokój> rcę...

Steaven, Karwelas, Elissa (Mutai z tyłu, śpi) i Rean

Powrót nieco przeszkodziła im para krasnoludów, których spotkali wcześniej. Zabrali im linę, odcinając powrót na górę tamy i zażądali zapłaty. Zaistniała sytuacja została rozwiązana w sposób brutalny - jeden z krasnoludów przypłacił to życiem, drugi - w tym samym momencie został sierotą, tracąc ojca.


Steaven: <zręcznie sprawił że bron krasnoluda zgieła się w jego dłoni a krasnoluda lufa była skierowana ku niemu>

Starszy Krasnolud odrzucil bron na bok i spojrzal na Elisse ostrym wyrazem oczu.

Starszy Krasnolud: No juz. Zajeb na miejscu, pindo.
Elissa: <skopala go w pysk>to za pinde i przystawia mu lufe do twarzy>
Elissa: nie ruszajcie sie oboje!
Steaven: Zamknij mordę śmieciu. <spróbował cisnać najpotężniejsza sobie znana pocisku entropicznego w krasnoluda, widocznie po obrazie kobiety nie interesowało go że jeśli trafi, zabije krasnoluda>

Starszy Krasnolud nie odezwal sie juz ani slowem, kleczac i obejmujac nos dlonmi. Klew sciekala po nadgarstku. Niedlugo jednak. Po chwili energia pocisku wrecz pochlonela krasnoluda w swoje granice i poczela zjadac go zywcem. Oczywiscie nie obylo sie bez krzykow. Mlody Krasnolud mogl sie tylko temu przygladac.

Elissa says: Steaven?!
Elissa says: Cos ty kurwa zrobil?!
Elissa says: Zrzucaj tamtym line i uciekamy!
Steaven: <teraz spojrzał miażdżacym wzrokiem na młodego> Chcesz coś dodać do wypowiedzi tego ? <spojrzał na zanikajace zwłoki> niczego ?
Elissa says: Zostaw...<szturchnela stefka i zbliza sie powoli do mlodego, aby mu zabrać line>
Steaven says: świat będzie lepszy bez dwóch oszustów...

Elissa zabrala line bez problemy. Mlody jedynie wiercil sie oszczednie.

Steaven: <tak więc skinał jej głowa, a sam kopnał resztki trawiacego się krasnoluda w nicość aby spadły z tamy>
Młody Krasnolud: Tatku... <wymamrotał na tyle cicho, że usłyszała to tylko Elissa>

Mutai zerknał na szczatki krasnoluda, przerywajac w polowie swoja ulubiona czynnosc - picie. Pandaren o dziwo nastepnie odlozyl swoj bambusowy kijek i zakrecil beczke, po czym podniosl patyk ponownie.



Nadal dokują w Menethil, trzeba uzupełnić zapasy i naprawić statek, by był w stanie stawić czoło kolejnym sztormom.

Przerywnik

Na statku po ostatnich wydarzeniach było takie napięcie, że dało się je ciąć nożem. Wszyscy wiedzieli, co uczynił Steaven, a teraz większość poszukiwaczy i właściwie cała załoga uważała go za niebezpiecznego i nienormalnego. Jednakże niewielu by się spodziewało tego, co wydarzyło się tego wieczora na pokładzie "Szansy" zadokowanej w porcie Menethil.

To właśnie Steaven nie wytrzymał zbywających odpowiedzi Mentora i wyrządził krzywdę ciału jakie duch zajmował, parząc je dotkliwie w szyję. Natychmiast jednak zbiegli się marynarze z Kerrilem Mintem na czele by unieszkodliwić agresora. Nie obyło się bez brutalniejszych metod, ale w końcu mag cienia został spacyfikowany i pozbawiony wszystkich kawałków pergaminu, które dotychczas przetrzymywał. Poparzonej draenei udzielił szybko pomocy Maeden, więc nie udusiła się z powodu ran.

Steaven zbiegł ze statku, pozostawiając przeklinających go i złorzeczących marynarzy, wybitnie wzburzonych po ataku na swojego kapitana. Poszukiwacze również nie życzyli mu dobrze, ale nikt nie ruszył w pościg. Cała grupa otrzymała zagadkę na piśmie, z racji tego, że gardło szamanki wymagało odpoczynku i nie mogła za wiele mówić, jednakże nie ruszyli w drogę. Przez najbliższe parę dni będą zabezpieczać statek przed zbiegiem, by nie okazało się, że w czasie rejsu stanie się z jego powodu tragedia.

Części VI - Mokradła

W końcu, po kilku dniach żmudnego zabezpieczania statku przed zewnętrznymi zagrożeniami, poszukiwacze znaleźli chwilę, by pogłówkować nad kolejną zagadką.

Na ziemiach, gdzie ojciec zdradzieckiego syna,
Miał swą osadę, co jego imię sławiła,
Tam, gdzie ocean ziemie obficie soli gnany wiatrem,
A duchy bród żelaznych na zachód muszą baczyć,
Jest tam relikt, co dawno już jeno przeszłością zieje,
Schowany bezpiecznie od wiatru się chroniąc,
Dookoła ciszę, ciemność, głuchość mając.

Ponownie niezawodny i bystry umysł Migley'a przyczynił się do rozwiązania zagadki. Wspomagając sobie mapą i wiedzą na temat morskich pływów wraz z Elissą wpadli na pomysł, gdzie szukać kolejnego wejścia do próby. I tam właśnie się udali, tym razem w trójkę: Migley i Elissa właśnie razem z pandarenem Mutaiem. W tym czasie Steaven dręczony koszmarami na temat poszukiwaczy, czy też tego jak złym i niegodziwym przedmiotem musi być skarb, porzucił swoją kryjówkę i ruszył szukać byłych przyjaciół. Nie zdążył jednak. Wrota do próby zamknęły się niedługo przed tym jak do nich dotarł. Po wielu nieudanych próbach przechytrzenia Mentora półelfowi nie zostało nic innego jak czekać przed wejściem, słuchać dobiegających go z wnętrza próby krzyków pandarena i rozmawiać z kamieniem. Przy okazji zawalił wejście do groty, w której się znajdywał, odcinając dostęp stadu drapieżnych raptorów, które nabrały chęci na jego mięso.


Migley says: Ale najpierw trzebaby go obudzic... <podszedl do pandiasza i poczochral go po lbie> Mutaaaai... budzimy sie!
Elissa says: Mutai flaszke ci kradna!<wrzeszczy mu do ucha>
Mutai says: Przecie nie śpię!
Migley says: O...
Elissa says: Kurwa niemozliwe...
Migley says: Bo taki zamyslony siedzisz...

Mutai says: Ha! Kazdy z nast dostal wlasny korytarz!

Symbole są wysoko, nad każdym wejściem.

Migley says: Ze niby ucho to aluzja do moich uszu? <stwierdzil urażony >

Elissa podeszła do wejscia z symbolem oka.

Elissa says: Pojde tedy...
Migley says: Ale... chyba nie powinnismy sie rozdzielac...
Mutai says: Daj spokoj, to nie jest az tak duze jak te twoje < wskazał na symbol>
Migley says: Musiales to powiedziec...
Mutai says: Co powiedzieć?

Stoicie w rozwidleniu, idziecie, śpicie?

Migley says: Ze mam duze uszy!

W trakcie zagadki Elissa straciła wzrok, Mutai słuch, a Migley mowę. W takim stanie musieli poradzić sobie z trzema problemami, w każdym z nich polegając tylko i wyłącznie na sobie nawzajem. W końcu dotarli do kolejnego kawałka pergaminu i wszystkie zaklęcia blokujące ich zmysły zniknęły, zaś droga na powierzchnię została odblokowana... prawie.

Steaven nieco wyczerpany po próbach dostania się do próby zawołał do trójki w środku, nakreślając sytuację jaką zastaną przy nim i zapewne dając im znać, że ów niebezpieczny osobnik jakim jest, znajduje się niedaleko. Po krótkiej, acz w większości chłodnej dyskusji uzgodnili, że mag przeniesie ich w bezpieczne miejsce, bo nie sposób w czwórkę walczyć z głodnym stadem gadzich drapieżników.

Pojawili się na statku, gdy większość marynarzy już spała.

Zakończenie - "Pustka Mentora"

Wydawałoby się, że to koniec na ten dzień, jednakże trzymany przez Elissę pergamin zaczął lśnić dość wyraźnie jak tylko postawili stopy na pokładzie "Szansy". Kobieta zbiegła do sobie tylko znajomej kryjówki, gdzie trzymała pozostałe pięć zwojów. Pergamin połączył się i zwijając się w kulkę uniemożliwił jej przeczytanie swojej zawartości. Dopiero gdy wróciła do mesy, gdzie przesiadywali wszyscy poszukiwacze, można było rozwinąć pergamin i znaleźć ostatnią zagadkę.

I krzyczymy wszyscy chórem
Mówimy bez wstydu światu
Że wiele przeżyliśmy z bólem
Dając nowe wersy poematu
Razem dziś wołamy przecie
Że to co zdobyliśmy z trudem
Nasze będzie, wiedz to świecie
Nie uczynisz tego gruzem!

Jak słusznie wymyślili, należało to przeczytać wspólnie, na głos. Zaraz po tym każdy z poszukiwaczy został przeniesiony magicznie do bliżej nie określonego miejsca, zwanego później Pustką Mentora. I tym sposobem Cyrus Nevanley, Mort'Rag Stormbelly, Rean Sunwhisper, Karwelas Redrigos, Elissa Labor, Steaven Bloodeye, Maedan Dor'Ano, Migley Nathal Rake oraz Mutai znaleźli się w komnacie, na środku której znajdowało się coś na wzór kamiennego ołtarza z otworami idealnie pasującymi do rąk każdego z poszukiwaczy. Gdy wszyscy zgodnie wsunęli w nie dłonie uruchomiła się pułapka.

Przypadkiem to właśnie Steaven oddzielił się od grupy, pozostali zaś utknęli na pułapce, która nieubłaganie zamykała się, najwyraźniej chcąc ich zgładzić w sposób okrutny i nieprzyjemny. Przed półelfem stanęła iluzja Mentora, żądająca od niego obu rąk i języka w zamian za życie grupy przyjaciół. Nie widząc innego wyboru mag zgodził się na tą wygórowaną cenę, oddając żądnemu krwi duchowi czego chciał. Mimo to, przyjaciele spadli z pułapki i skończyli swój żywot.

Po chwili jednak okazało się, że cała sytuacja była tylko iluzją, w której znalazł się jedynie Steaven. Wszyscy inni poszukiwacze stali w koło ołtarza, z rękami uwięzionymi w otworach i przyglądali się krzyczącemu półelfowi. Gdy na ołtarzu pojawiła się złota iluzja Mentora Steaven błagał go o darowanie przyjaciołom życia, co na pewno przyczyniło się do odzyskania zaufania do jego osoby. Zamiast okrutnej próby, wiekowy mędrzec miał do powiedzenia kilka słów każdemu z poszukiwaczy...


"Panie Redrigos, Twój zapał na początku, gdy zbieraliście się do wyprawy w Słonym Żeglarzu zaimponował nie tylko mi, ale także wszystkim poszukiwaczom. Mimo swojej wrodzonej nieufności, obdarzył pan zaufaniem większość osób na statku. Starał się pan robić wszystko wspólnie z innymi, nie wybiegał pan przed szereg, ani też nie próbował nikim rozkazywać. Można powiedzieć, że od samego początku wyczuł pan konieczność współpracy w celu uzyskania skarbu."
"Panie Rake. Doprawdy, pierwszy raz spotkałem się z takim umysłem, który swoją wnikliwością i szybkim kojarzeniem faktów zawstydził mnie samego. Dzięki panu zagadki, które pozostawiłem, były rozwiązywane w znacznie szybszym czasie, niż śmiałem o tym marzyć. Chylę przed panem czoła. Jeśli zaś chodzi o pańską pozycję wśród poszukiwaczy, skłonny jestem uznać, że nikt nie był tak lubiany jak pan. Mimo nikłej przydatności w walce i strachu przed zagrożeniem, dzielnie brał pan udział we wszystkich próbach i dzięki temu umożliwił ich rozwiązanie, jak również przeżycie. Do tego będąc krytycznym wobec własnej wiedzy i umysłu, był pan gotów sam ponieść konsekwencje za swoje błędy, nawet jeśli to wiązałoby się ze śmiercią. Nie mówiąc już o dużym zaangażowaniu w całą sprawę. Spora część sukcesu leży właśnie po pana stronie."
"Panie Mutai. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z przedstawicielem pańskiej rasy, więc niewiele wiem o jej zwyczajach i tradycjach. Jednakże z tego, co widzę sam, z niezwykłym oddaniem broni pan swoich przyjaciół, szczególnie tych słabszych. Na pierwszy rzut oka sprawiał pan wrażenie opijusa i lenia, jednakże szybko zadał pan kłam tym przypuszczeniom. Pańska przyjaźń z panem Rake ujęła mnie za serce. Był pan gotów oddać za niego życie, mimo tak krótkiej znajomości. Niepokoi mnie jednak pańska nieufność do innych. Co prawda nie przeszkadzało to w pełnieniu dalej obowiązku obrońcy, jednakże przyjaźń bez zaufania nie ma prawa istnieć, o czym pan zapewne doskonale wie. "
"Panie Sunwhisper. Odważnym nie jest ten, który niczego się nie boi, lecz ten, który mimo przerażenia, jest w stanie iść dalej i dążyć niezłomnie do celu. I pana właśnie można nazwać odważnym. Strach nie przesłonił panu zupełnie oczu i był pan w stanie uczestniczyć w próbach, mimo moich usilnych starań. Szkoda tylko, że pańska nieśmiałość i chorobliwe dążenie do perfekcji uniemożliwiło panu uczestniczenie w kręgu grupy. Każdy może popełnić błąd, ja sam, uważając się za „mentora” i mędrca popełniłem ostatnio kilka bardzo krytycznych, których bardzo żałuję. Proszę zatem nie obawiać się błędów, bo one tylko hamują pańskie czyny."
"Panie Dor’Ano. Jest pan niezwykłym przykładem wielkiego serca w małym ciele. Mimo umysłu naukowego, nastawionego na zdobywanie wiedzy i nie skupianiu się na odruchach, pan najbardziej martwił się o innych uczestników wyprawy. Pańskie emocje, nawet te negatywne, dodawały zapewne otuchy poszukiwaczom. Wszak relacje nie opierają się tylko na miłych rozmowach i czynach. Pańskie dążenie do pomocy mimo formy, w jakiej pan utknął było nieproporcjonalne większe w stosunku do możliwości. A jednak, pokazał pan, że nie jest pan bezsilny i może wnieść bardzo wiele w działania grupy. Muszę również podziękować za uratowanie życia szamanki, uchronił mnie pan przed okropnymi konsekwencjami moich własnych nieostrożnych czynów."
"Panno Labor. Była pani jedyną przedstawicielką płci pięknej na tej wyprawie. Jednakże pokazała pani, że nawet kobiety są w stanie do wielkich czynów. Nie bardzo wiem, jak się do pani odnieść. Zapewne surowe szkolenie w straży spowodowało, że dość często górę brały odruchy samozachowawcze, co mogło wyglądać jak dbanie tylko o samą siebie. Ale dało się zauważyć, że życie nawet tych, którzy są przeciwko pani jest dla pani cenne. Była też pani w stanie ratować towarzyszy właśnie dzięki chłodnemu podejściu do całej sytuacji i nie poddawaniu się panice."
"Panowie Mort i Rag Stormbelly. Wydawałoby się wszystkim, że ogr nie byłby w stanie istnieć w tak zróżnicowanej i niezwykłej grupie jaką byli poszukiwacze. Jednakże nic bardziej mylnego. Nie tylko zdołali panowie zyskać zaufanie kilku osób, lecz również pokazać, że zjednując sobie w panach przyjaciół, pozyskuje się także obrońców i istoty nad wyraz opiekuńcze. Wielka szkoda, że wszelkie drzemki uniemożliwiły mi przyjrzenie się panom uważniej, pewnie nie raz nie dwa razy jeszcze by mnie panowie zaskoczyli."
"Panie Nevanley. Pańskie zimno i wycofanie wydaje się być w znacznej sprzeczności ze zdolnością do bezinteresownego poświęcenia się dla innych i pomocy. Nie wiem jak pan to potrafi pogodzić w sobie, ale na pewno do łatwych zadań to nie należy. Pański strach przed samotnością i utratą przyjaciół jest mi bardzo bliski. Sam przeżyłem to uczucie i jest ono owszem okropne, lecz nie może nam bronić dostępu do nowych przyjaźni. Popełniłem ten błąd, zamknąłem się w swoim świecie po stracie przyjaciół i nigdy więcej nie sięgnąłem do innych osób w poszukiwaniu podobnych relacji. Proszę nie iść w moje ślady, proszę nie bać się tego, że każdy w końcu odejdzie. W przeciwnym razie będzie pan samotny po kres świata."
"Panie Bloodeye. Zostawiłem sobie pana na sam koniec, bo nigdy nie zetknąłem się z tak kontrowersyjną personą. Dla wszystkich w grupie wydawał się pan być zły i niebezpieczny. Nikt panu nie był w stanie zaufać, co mnie szczerze mówiąc nie dziwi. Rządził się pan, dążył po trupach do celu, był pan w stanie zaryzykować czyjeś zdrowie dla własnej zemsty czy tylko sprawdzenia teorii, której nie był pan do końca pewien. Pańska impulsywność doprowadziła aż do śmierci niewinnej osoby i poważnego zranienia nieszczęsnej panny Di’Ateriday.
Jednakże, to tylko powierzchowny ogląd na to kim i czym pan jest. W istocie pańskie bezkrytyczne dążenie do zdobycia skarbu podyktowane było spojrzeniem na domniemane większe dobro. Poświęcił pan więc drobniejsze dobre uczynki na jego rzecz. Nie można powiedzieć, że było to złe posunięcie, ale należy pamiętać, że po dotarciu do celu trzeba mieć coś do czego można wrócić. Inaczej wszystkie starania mijają się z celem. Zatem nie zawsze wartość celu uświęca środki."

Po tym cała grupa została obdarowana symbolem na dłoni - był to kompas, który widoczny będzie jedynie, gdy przyjaciele którzy przeszli wszystkie próby Mentora stoją koło siebie. Ołtarz zniknął, a wszyscy zawisnęli w pustce. Mentor miał dla nich jeszcze coś...


[Tło muzyczne: sound ]

Wtedy huk. Nagle pojawila sie wizja. Zobaczyliscie dookola siebie miejsce pierwszej proby. Ciemna komnate z rozlozonym mostem z parasoli. Staliscie na jednym z nich. Nad waszymi glowami pojawil sie z wolna swiecacy jasnym, kojacym swiatlem napis "Zaufanie"

Migley popatrzyl sie na napis z otwartą buzią

Ponowny huk. Kolejna wizja. Znalezliscie sie na oślepiającej blaskiem odbitym od piasku pustyni.

Elissa says: Emmm tak....co to za sztuczki?
Migley says: Cii... po prostu poczekajmy...

Rozpoznaliscie Tanaris i zlepione zwalu piasku przez ktore dostrzec mogliscie czarne zwoje zaschniętej smoły.

Steaven wpatruje się w milczeniu.

Podobnie... Nad waszymi głowami po chwili wyklarowal sie napis "Poświecenie"

Usłyszeliście nagle muzykę. Krzepiącą, napawającą dumą. Znów byliście na chwilę w pustce. Ujrzeliście kolejną wizję. Tym razem staliscie po środku lodowej komnaty, miedzy czterema kulami, ktore tak Was nastraszyly. Tym razem napis zawirował dookoła Was, a bylo to "Odwaga"

Migley podrapal sie po nosie widzac napis

Nie trwalo to dlugo, bo szybko przeniesliscie sie do jasnej, wielkiej komnaty z szachownicą.Zauwazyliscie zaznaczona sciezka, nad ktorej rozgryzieniem spedziliscie tyle czasu. Wreszcie i napis wyłonił sie z jej pól, i ułożył w słowo "Współpraca".

Gdy wyszliście z kolejnej sekundy pustki, oczom Waszym ukazała sie komnata z postumentem, w ktorym spoczywal wbity do polowy wielki, metalowy miecz, otoczony gruzem ze zniszczonego golema. Gdy odczekaliscie chwile, ponownie ukazal sie napis - "Solidarność".

Wreszcie ujrzeliscie miejsce tak niedawnej proby. Tak swiezej, ze jeszcze czuliscie zapach tego pomieszczenia. Tym razem litery pojawialo sie po kolei, a ulozyly slowo "Jednosc" Po dluzszym czasie zniklo wszystko. Znowu bylo ciemno. Teraz jednak czuliscie podloge pod stopami.


Po tej trwającej może godziny, może sekundy iluzji, przyjaciele stanęli przed otwartymi wrotami, za którymi na postumencie znajdowała się ozdobna skrzynia, aż ociekająca bogactwem. W ramach przyjacielskich wyścigów dobiegli do niej, lecz ku rozczarowaniu (i może uldze niektórych), znaleźli na jej dnie jedynie list, zaadresowany do wszystkich.


Panowie i panie, którzy ruszyliście do poszukiwań gnani przez moje deklaracje o niezwykłym bogactwie ukrytym gdzieś w tajemnych zakamarkach Azeroth. Zapewne już większość z Was domyśliła się czym jest ów skarb, a jeśli nie, czuję się zobligowany by to Wam wyjaśnić.

W trakcie moich wypraw i poszukiwań wielokrotnie natknąłem się na sytuacje zbyt trudne dla mnie, by je rozwiązać czy pokonać magiczną siłą, o fizycznej już nie wspominając. Sfrustrowany szukałem więc wiedzy i potęgi, dokładając starań, by taka sytuacja się ponownie nie powtórzyła. Jeśli było to możliwe, wracałem, pokonywałem przeszkodę i szukałem dalej, zaślepiony rządzą wiedzy i siły.

Jednego razu, gdy ostatkiem sił wydostałem się z walących się ruin i leżałem półprzytomny z powodu ran, naszły mnie nagle dwie myśli. Pierwsza, która mną najbardziej wstrząsnęła, była o tym, jak wiele zawdzięczałem swoim przyjaciołom. Wraz z nimi napotkane wcześniej trudności były rozwiązywane z łatwością, jakby niemalże nie istniały. W każdej chwili mogliśmy liczyć na siebie w razie zagrożenia, rzucać światło z innej strony na problemy potencjalnie nierozwiązywalne, wspierać siebie w momentach słabości i cieszyć się, cieszyć odkryciem.

Ja już nie potrafiłem się cieszyć. Każde kolejne zdobycze wiedzy wrzucałem do biblioteki czy głowy i z ponurą determinacją parłem dalej. Za życia moich przyjaciół taka sytuacja nie miałaby miejsca, nie pozwoliliby mi na to, bo wiedzieli, jak ważne jest by wszelkie radości przeżywać, a najlepiej przezywać je razem. Ubodła mnie ta myśl, bo odkryłem co było moją największą słabością teraz, a największą potęgą kiedyś. Przyjaźń.

Z nią właściwie cały świat stał otworem, czegokolwiek byśmy nie spróbowali. Zaufanie, miłość do bliźniego, wsparcie, opieka. Tego nie da się zdobyć samemu, a jedynie z innymi. Zaraz jednak po tej myśli odkryłem, jak stary jestem i ile lat zmarnowałem na samotnej tułaczce po zakamarkach wiedzy. Nie byłem już w stanie odzyskać tego, co utraciłem, ani nawiązać nowych przyjaźni. Mój czas się kończył, byłem tego pewien.

Dlatego też bardzo chciałem, by moje odkrycie, cokolwiek żałosne czy przyziemne, nie uległo zapomnieniu. Wiele młodych i pełnych życia istot popada w podobną sytuację jak ja, nie znając wartości, o którą naprawdę warto walczyć, a nawet oddać za nią samego siebie. Tak powstał zamysł, a potem czyn – stworzyłem próby, mające pomóc odkryć tę więź, tę niezniszczalną siłę, wśród śmiałków, którzy odważą się szukać skarbu.

Próby były niebezpieczne, to prawda. Jednakże ja sam wiele razy, wraz z przyjaciółmi, ocierałem się o śmierć. To zacieśnia więzy, zbliża tak mocno, że życie innych osób staje się nam droższe niż nasze własne. Musiałem stworzyć dla was, poszukiwacze, realne zagrożenie. Jeśli ktokolwiek zginął w czasie prób, jest mi niezmiernie przykro, ale nie należy mnie obwiniać. W każdej chwili mieliście wybór, znaliście niebezpieczeństwo, na własne życzenie i odpowiedzialność parliście dalej, aż do teraz.

Pragnę wam więc szczerze pogratulować. Udało się wam, przeszliście przez wszystkie próby i możliwe, że część z was odkryła ten niesamowity i potężny skarb, jakim jest właśnie przyjaźń. Dbajcie o niego, bo nic nie jest tego warte tak bardzo jak on.

Thorleif Fjolmunlour, znany wam jako Mentor.

Po tych ostatnich słowach cała dziewiątka pojawiła się na powrót na statku. Każdy ściskał w dłoni tabard, z tym samym znakiem wyhaftowanym na materiale jak ten, który widniał wszystkim uczestnikom na dłoni - kompas.

Cała przygoda zakończyła się. Przyjaciele są teraz w większości zjednoczeni, tak jak tego pragnął Mentor. Mają całe życie przed sobą, statek gotowy ponieść ich gdzie zapragną i siebie nawzajem. Nic im nie przeszkodzi w dążeniu do tego, co sobie wymarzą. A to dopiero początek ich wspaniałych przygód...

[Dla rządnych wiedzy zamieszczam Logi z Mentora, jeśli chcą się dowiedzieć jak dokładnie wyglądało zakończenie.]


Komentarze biorących udział

Wyżyjcie się na prowadzących. Dosłownie. Chcemy wiedzieć jakie był złe jak i dobre strony eventu, by w przyszłości kolejne zabawy były tylko coraz lepsze.

Podczas trwania eventu (bądź zaraz po zakońeczinu):
No, to skoro mamy się wyżyć na prowadzących to tak:
Jest zero ogarnięcia w momentach gdzie nie ma tur, ale to zrozumiałe. Nie mam więcej...
A jeżeli mam mówić o całokrztałcie, to jest to seria coraz to lepszych eventów
Są systemy i zagadki których nie sposób znaleźć gdzieś indziej.
Wszystkie niemające położenia miejsca tworzą się w naszej wyobraźni dzięki obszernym opisom, tak więc nie ograniczają nas tekstury wowa.
Pomysły są oryginalne (przynajmniej mnie tak się wydaje).
Wszystko zostaje okrążone aurą tajemniczości w miarę rozgrywki rozjaśniającej jak i postacie, prawie każda jest świetnie przygotowana :D.
Po niemalże roku:
Najlepsza seria eventów na RH, z jaką miałem styczność, niepowtarzalna i niepodważalnie mistrzowska.
Szkoda, że nic nie trwa w nieskończoność, jak i w końcu prowadzący muszą odsapnąć ;>...
Podobnież pomysłów na kolejne "zagadki" było więcej, mam nadzieję że kiedyś się ujawnią w "drugiej próbie mentora" dla nowych w tym gronie jak i starych z pierwszej serii eventów. :)

,,Użytkownik:Swain"


Sam nie wiem co powiedzieć. Event był NAJLEPSZYM na jakim miałem okazję być w całym odgrywaniu na Rh. Może nawet wszędzie. Chciałem tylko podziękować wszystkim którzy byli na evencie. Mam nadzieję że to nie koniec naszych wspólnych klimatów a dopiero początek. CHWAŁA PRZYJACIOŁOM!

"Karwelas"

"Naprawdę żałuję, że nie było mnie na finale. W czasach w których bajkowość (trzeba przyznać, historia skończyła się jak animacja Disneya) bywa krytykowana, okazuje się prawdziwym rarytasem. Od dwóch lat idę w tym kierunku na własnych sesjach ze znakomitym skutkiem i cieszę się, że są jeszcze ludzie którzy również mają na to ochotę. Obecnie gram w WoWa naprawdę bardzo mało, ale takie eventy zachęcają by mimo wszystko spędzić czasami swój wolny czas w Azeroth."

TomEdo

Event - mistrzostwo fabularne. Cieszę się, że mogłem wziąć w nim udział, bo niektóre momenty naprawdę zapadły mi w pamięć, zwłaszcza najlepsze zakończenie z jakim się do tej pory spotkałem na serwerze. Ba, jestem skłonny przyznać, że nie tylko Migley wzbogacił się o przyjaciół po tym evencie (if you know what i mean!). Jeśli zobaczycie następnym razem, że Deriva (bądź Beatriccia) coś szykuje, zgłaszajcie się w ciemno - nie będzie to klimat stracony :P

-Guliasz the Friendmaker-

Podziękowania

Zaczynając od początku, chciałabym podziękować Agitatorkowi, za wszystko, co zrobił ze mną, by ten event zaistniał. Będzie temu zaprzeczał, ale nie wierzcie mu - pomysł był jego, ja tylko go podchwyciłam i pociągnęłam dalej. I przy okazji zmusiłam do tworzenia zagadek i wiersza na koniec, które wyszły znacznie lepiej niż mógł się tego spodziewać ( i niż się do tego przyzna). Zatem dziękuję Ci, Agitatorku, za pomysł, pomoc, wsparcie, randomy na statku i doprowadzenie całości do końca.

Chciałabym też podziękować Ashae, Emiel i Ghutarowi za sprawy czysto mechaniczne - postawienie i umeblowanie statku, wklejenie "kluczy" umożliwiających teleportowanie się na pokład i z niego, przenoszenie czasem całej grupy w docelowe miejsce. Bez Was było by nam znacznie trudniej, więc dziękuję.

Kolejne podziękowania skierowane są do graczy. Przede wszystkim do każdego, kto brał udział. Zabawa była dla Was, nie dla mnie czy dla Agitatorka, więc cieszy mnie, że te dziewięć osób w stopniu bardziej lub mniej aktywnym bawiło się z nami w poszukiwania skarbu.

Dziękuję Swainowi, za najaktywniejsze uczestniczenie w evencie. Jak długo on się zjawiał, wiedzieliśmy, że można ruszyć dalej.
Dziękuję Guliaszowi, za najsympatyczniejszego i najlepiej odegranego gnoma, jakiego moje oczy miały okazję czytać.
Dziękuję Bednarzowi, za podniesienie afkowania do rangi sztuki i wpasowania tego w odgrywanie tak idealnie, że nie sposób było zauważyć, kiedy gracz znika sprzed monitora.

Oraz pozostałym graczom, których nie wymienię tak indywidualnie, za co przepraszam. Po prostu ta trójka najbardziej wryła mi się w pamięć i serce w czasie prowadzenia eventu.

Dziękuję więc raz jeszcze,

Beatriccia (Deri)