Lydia

Z Wiki_RH
Skocz do: nawigacja, szukaj
Tess gdy przebywa na terenie Ekspedycji
Tessane Lydia Greymane Fordragon Van'thel
Tess.jpg
Rasa

Człowiek / Worgen

Płeć

Kobieta

Klasa

(fabularna)

--

Klasa

(mechaniczna)

Rogue

Wiek

20

Tytuł
  • Lady
  • Wydziedziczona księżniczka Gilneas
Status

Żyje

Skala Wyzwania

--

Poziom Walki Wręcz

--

Przynależność
Znana Rodzina
  • Genn Greymane (ojciec)
  • Mia Greymane (matka)
  • Liam Greymane (brat)
  • Bolvar Fordragon (nieżywy mąż)
  • Vincent Van'thel (mąż)

Muzyka: [1]

Wygląd

Tess zdaje się przechodzić metamorfoze w wyglądzie częściej niż ma zmiany humorów.


Czasem potrafi być przecietna na tle innych kobiet. Wlosy czarne i puszczone na zywiol bez oswajania grzebieniem. Wtedy w jej zielonym spojrzeniu czai sie jakaś dzikosc, jakby rozwazala czy moze sobie pozwolic na rozszarpanie ogladanych osob czy juz nie...


A czasem (w tym aktualnie) potrafi wyeksponować wszystkie swoje walory którymi głównie jest dobrze wyćwiczone, gibkie i umięśnione ciało... Włosy zafarbowane na blond, zawsze starannie uczesane - nawet do tego stopnia, że te odważają się jedynie spadać lekkimi falami za ramiona. Ba, nawet czasem zadba o delikatny makijaż.


Kobieta ubiera się również przeróżnie - czasem niedbale i najchętniej w skórznie, a czasem ubierze najdroższe suknie z jedwabu udając wielką panią (którą poniekąd jest). Jednak nie przepada za odsłanianiem swoich ramion i pleców, ale kiedy już to robi wyraźnie widać biały tatuaż pokrywający cały jej tors.


O niej

Jeżeli zaś chodzi o kontakty i towarzystwo... Lydia wydaje się mieć z tym problemy od zawsze. Bądź też całkowity ich brak. Pomimo młodego wieku, gdy trafiła do sierocińca, nie widziano jej uczestniczącej w jakichkolwiek zabawach. Później w karczmach potrafiła wypić nawet bardzo dużo, jednak dalej umysł wydawał się panować nad wszystkimi jej zachowaniami. Wydaje się cenić zwykłą rozmowę ponad zabawę, bądź też całkowicie nie umie się bawić... Zwłaszcza, że w pierwszym kontakcie bywa wyjątkowo odpychająca. Jedyną osobą w której towarzystwie bez obaw się śmieje i żartuje przebywając prawie każdą wolną chwile jest jej mąż.


To właśnie ze względu na to, mało kto może powiedzieć że ją zna tak na prawdę. Imiona, nazwiska, szum który czasem się pojawia wokół niej... Ale co lubi ? Czego nienawidzi ? Czego sie boi ? Jak spędza wolny czas ? Dla większości jest to zagadką. Zwłaszcza teraz, gdy opuściła Ekspedycję Przymierza tak na prawdę przez ręce swojego męża.


Historia

Spoileralert.jpg

Poniższy fragment tekstu zawiera informacje niedostępne dla większości postaci - do ich fabularnego wykorzystywania potrzebna jest udokumentowana droga informacji do postaci która ma zamiar ich używać.

Historia zaczyna się w momencie gdy nastolatka-rozbitek trafia do sierocińca Nowego Stormwind w roku 24, mając wtedy 12 lat. Lydia wydawała się wtedy odcięta od rzeczywistego świata, żyjąc w swoim własnym i nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół niej. Nie wiedzieli wtedy, czy powodem tego była trauma związana z upozorowaną śmiercią rodziny, czy też dziewczyna była taka od urodzenia. Jednak czasem wracała "do siebie" a objawiało się to licznymi ucieczkami z sierocińca na przeróżne sposoby. Oczywiście po pewnym czasie wracała skruszona, bo i gdzie indziej mogła zostać ?


Po kilku miesiącach przestała uciekać, a swój czas poświęcała na pracę. Jednak kilka razy została przyłapana na drobnych kradzieżach, co kończyło się dość bolesnymi karami. Gdy pomagała kapłanom, ujawniła swoją wyjątkową dobrą znajomość anatomii oraz zdolności do opatrywania ran. Ta pomoc była całkowicie bezinteresowna, co pokazywało że mała złodziejka może nie jest do końca zepsutą osobą.

W czasie walki


W wieku 14 lat wszelkie skargi na Lydię urwały się. Gdy nie siedziała zawieszona we własnym świecie, to pracowała... Gdy nie pracowała, to pomagała... A gdy w wieku 16 zaczęła uzyskiwać dochody z drobnych prac, udało jej się zamówić u kuśnierza skórznię z pasków, posiadającą masę zaczepów na dość specyficzne ostrza do rzucania. Tą jednak traktowała niczym bieliznę, ukrywając pod szatami, nie chcąc najwyraźniej rzucać się w oczy.


Gdy tylko nadszedł czas pełnoletności, po prostu odeszła z sierocińca stając o własnych nogach. Choć tak na prawdę zawsze na nich stała. Jakimś sposobem znalazła się na terenie Enklawy, a dawnego Krwawego Świtu, gdzie mogła zostać zauważona gdy przesiadywała nieobecna duchem na klatkach z wilkami bądź trenowała na ich "placu zabaw". Im dłużej tam siedziała tym bardziej przerażona była faktem tego, co tam się dzieje. I może by to tak zostało, gdyby nie poznała Roan. Ta, twierdząc że ma dość spory dostęp zarówno do wywiadu jak i króla, przyjmowała jej żale. Te z czasem zaczęły przyjmować bardziej spójną formę - opisując osoby, wydarzenia, spostrzeżenia jakie młoda kobieta robiła. Tak to trwało do momentu kiedy powstały pierwsze umowy. Ly nie zgodziła się na podpisanie ich, twierdząc (zresztą święcie o tym przekonana) że przekazywanie pośmiertnie ciała i majątku na rzecz tej organizacji nie wchodzi w gre.


Zaraz po tym jednak nastąpiła łapanka, oskarżenia i Tess musiała zniknąć. Oczywiście nie zamierzała korzystać z pomocy kogokolwiek, z kim dawna Lydia mogłaby zostać powiązana. Ukryła się u nowo poznanego Reveana Fishera, który to pomógł jej zmienić tożsamość dodatkowo zabawiając różnorodnymi opowieściami. Wtedy też miała okazje nieco zacieśnić swoją więź z Warghem, swoim prywatnym worgiem. Tak to trwało w zględnym spokoju, gdy cała afera powoli cichła... Do momentu ataków Worgenów w Duskwood. Pech chciał, że to właśnie tam Revean miał swój dom, a Tess nie mogła pozostać na to wszystko obojętna.


Tak poznała Ligę Dżentelmenów. Sporą grupę Gilneańczyków, którzy stali się nieco stresującym testem dla jej osoby. Wspomnienia o rodzinnych stronach miały smak gorzkiej czekolady - krzywisz sie, ale następnie i tak sięgasz po kolejną kostkę. Również zyskała niepowtarzalną okazję, gdy okazało się że również dwie osoby w Lidze "cierpią" na tą samą przypadłość co ona - potrafiąc przemieniać się w Worgeny. Z tej dwojki oczywiście Clarence zdawał się z nich najsilniejszy, trzymając ich w ryzach co skusiło Tess nawet do ryzykownego romansu. Jednak ta historia dobrze się nie kończy, bo myląc się w swojej ocenie co do mężczyzny - Lord okazał się tylko Lordem, który nawet pomimo klatwy Worgena nie umiał okiełznać Tessane zamiast tego próbując złapać w pułapkę małżeństwa. Wyjątkowo szybko uciekła wtedy na północ zasilając szeregi Ekspedycji Przymierza.

Z Bolvarem


Tam zimny klimat, ostrość treningów i wartka akcja pozwoliły jej bardzo szybko zapomnieć o wszystkim co zostawiła za sobą. Zarówno o Enklawie, jak i innych mężczyznach, licząc że po pewnym czasie zaakceptują to że po prostu do siebie nie pasowali. Tam też nauczyła się nie tylko rozbrajać o wiele bardziej wymagające pułaki, korzystać ze wspomagającej magii... Ale również wiele mniej docenianych rzeczy, jak choćby współpraca, karność czy odpowiedzialność. W tym zgromadzeniu dowodcy wzbudzali jej szacunek - zarówno Moran, Silim, Bolvar jak i Saevron. Co prawda bardzo czesto był to dziwny, lekko kpiący szacunek z daleka, ale nie sprzeciwiała się ich rozkazom. Robiła więc swoje, jak miała w zwyczaju - po cichu. Ostatnie na co miała ochote to zostać dostrzeżona. Jednak było to dość ciężkie do zrealizowania, zwłaszcza gdy pełniła rolę głównego zwiadowcy - zarówno w akcjach terenowych jak i przy szturmie na Naxxramas. Jeszcze jakiś czas łudziła się, że jakoś to przeminie bez echa...


Jednak tak się nie stało. Dość długi czas po największych bitwach została wezwana do Wysokiego Lorda Bolvara. Tak jak można się tego było spodziewać - z propozycją awansu. Nim zdołał ją wysłowić została już odrzucona. Jednak spędzeniu wspólnie nocy już nie odmówiła. Tak właściwie zaczął się najbardziej chaotyczny etap w jej życiu. Może to właśnie mroźna północ i działania plagi uświadomiły ją, że zamiast siedzieć cicho ciągle w kącie można żyć chwilą i brać z życia pełnymi garściami puki je mamy... Nie mniej zamiast potraktować tej jednej nocy jak zwykle - ciekawą zdobyczą na liście - postanowiła w to włożyć więcej wysiłku. Spotykając się dalej z głównodowodzącym, a nawet okłamując inkwizytora by dostać się do więzienia by móc spędzić z wybranym więcej czasu. Pech chciał, a może przeznaczenie, że z jej szaleństwem zbiegło się jakieś ogólne szaleństwo świata... Gdy w otoczonej antymagia celi zjawił się nie wiadomo skąd elf ujawniając przed Bolvarem prawdziwą naturę Tessane. Chaos, który wtedy zapanował ciężko opisać słowami... Zarówno w wydarzeniach jak i uczuciach samej kobiety. Ta, po raz pierwszy chyba rozpaczając ze straty mężczyzny niezbyt przejmowała się czymkolwiek więcej - ujawniając o sobie całą prawdę. Że jest Worgenką, że jest córką Genna Greymane, że jest szpiegiem króla.


Końcowy efekt tej afery był jednak niczym z bajki. Księżniczka stanęła przed obliczem króla. Ten, w swojej łasce, wysłuchał jej tłumaczenia (może nieco się krzywiąc i brzydząc, ale bajki o tym zapomniają). Następnie przemówił w prost ułaskawiając jej wszystkie winy, dając szanse by wszyscy zaakceptowali ją taką jaką jest. Nawet u pięknego (choć już nie młodego) rycerza miłość zwyciężyła skutkując pięknym ślubem w katedrze Stormwind. I już powstawały piękne plany na podróż poślubną. Już zastanawiali się jaką gromadkę dzieci będą mieli, kiedy ta wojna się skończy... Kiedy dowiedzieli się, że to cholerna rzeczywistość, a nie jakaś głupia bajka.


Zaczęło się od wyprawy młodych na Gilneas, gdzie ojciec Tessane - Genn Greymane, potraktował nawet Wysokiego Lorda niczym ostatnie ścierwo jeszcze gorsze niż jego "była" córka która śmiała opuścić swoje królestwo. Jak sam Genn stwierdził - dla niego córka pozostaje martwa. Jakkolwiek zarówno takie potraktowanie Bolvara, jak i brak zrozumienia u ojca, bardzo zabolały Tess to jednak dalej czekało ją jej własne życie z własną rodziną. Jeszcze tylko jedna bitwa. Właściwie to miał być marsz triumfalny połączonych wojsk. Jednak przerodziło się w tragedie - dla Tess nawet bardziej osobistą. Bolvar poległ pod Wrotami Gniewu, a i ona sama o mało nie skończyła jako jedno z tamtejszych ciał gdyby nie Vincent, wtedy dla niej tylko dobrze znany Inkwizytor. Tessane załamała się po tym, odcinając zupełnie od świata zewnętrznego. Z jednej strony chciała się do kogoś zwrócić o pomoc czując że to dla niej za dużo do zniesienia, z drugiej jednak czuła dojmującą pustkę że nie ma nikogo na tym świecie (urok życia samotnego wilka). Liczyła, że choć u Clarenca znajdzie choć odrobine zrozumienia. Jednak po prostu popełniła drugi raz ten sam błąd. Clarence uznając, że to tylko jej kolejna gra by namieszać w jego życiu w ataku agresji doprowadził ją na granice śmierci, zupełnie przypadkiem pozbawiając ją potomstwa które nosiła pod sercem. Co prawda tej drugiej tragedii Lydia nie była świadoma, jednak i ta pierwsza wystarczyła by straciła zupełnie wolę do jakiejkolwiek walki - choćby o swoje życie.


Wtedy to ponownie, pogłębiając domniamany dług kobiety, pojawił się Vincent. Zupełnie bezinteresownie otaczając ją opieką i zabierając spowrotem na północ. Tam, co prawda dalej zamknięta w swoim własnym świecie depresji, Tess zaczęła powoli odżywać oddając się znów w wir akcji by dokończyć choć dzieło do którego dążył jej były mąż. Równie desperacko próbując spłacić dług jaki zaciągnęła wobec inkwizytora i tak dość szybko się zaprzyjaźnili - dwa odludki, jedno starające się pomóc drugiemu przy okazji milcząc. Tak mijał czas, a Ekspedycja z Dragonblight przeniosła się do Grizzly Hills gdzie problemem nagle zamiast plagi stały się Worgeny i Arugal. Walki toczyły się, tak jak i pogłębiała znajomość opisywanej pary prowadząc nawet do wspólnych treningów. To wszystko aż do momentu kiedy Vincent zniknął porwany przez Arugala, przywołując tak bardzo nienawidzone przez Tess poczucie pustki i bezradności wobec losu. Była gotowa zrobić wszystko, by go odzyskać... I prawie wszystko zrobiła - tropiąc go, pokonując i krytycznie ranna jakimś cudem doprowadzając spowrotem do Ekspedycji. Niestety... Już jako Worgena.

Cichociemna pannica


Vincent został zamknięty w klatce - właściwie to w więzieniu, ale mała różnica. Zarówno pod wpływem tego co czuła gdy zniknął, jak i instynktownej potrzeby pomocy komuś należącemu teraz do jej rodzaju, każdy dzień spędzała właśnie w więzieniu próbując go pocieszyć, podnieść na duchu... Czy choćby próbując podtrzymać w nim to, kim jest choćby przez dostarczanie nowych ubrań, przemycania dodatkowego jedzenia, by nie zapomniał kim tak na prawdę jest. Zaczęło się to całkiem obiecująco, nim nie okazało się że Vincent nie kontroluje swojego gniewu. Zwłaszcza, gdy wola jako Worgena dalej nie należała do niego. Tu z pomocą zjawiła się Archaia opracowując miksturę, która pozwoliła paladynowi wrócić do swoich zmysłów. Choć może nie do końca, bo ten pierwsze co zrobił, to wyznał Tessane swoją miłość. Tu odpowiedź nie była taka oczywista... Rozdarta jeszcze tęsknotą za odebranym mężem nie czuła do Vincenta nic ponad przywiązanie. Jednak z drugiej strony panicznie bała się stracić tą ostatnią osobę bliską którą miała. Uznała więc, że danie temu szansy jest małą ceną za utrzymanie go w okolicy. Niczego nie obiecywała, po prostu przyjęła jego uczucie. A on o nic nie pytał, po prostu zdawał się ją szczerze kochać. Co więcej w kontraście do niej był pełen życia i w pełni akceptował fakt przywiązania do pamięci po byłym mężu.


Tak więc z czasem gdy wspomnienia bladły, a oni mieli coraz więcej wspólnego - nawet odnosząc ogromny sukces nad Arugalem zabijając go ostatecznie wraz z resztą Ekspedycji Przymierza. By w końcu ten związek z czegoś działającego na słowo honoru i obopólną potrzebę przerodził się w coś o wiele bardziej poważnego. Wkrótce więc Archaia mogła się spełnić jako kapłanka udzielając Tess ślubu z Vincentem. Jej nowy mąż jednak nakładając jej pierścien musiał się zadowolić tym, że ten znalazł się obok obrączki Bolvara. Tym razem jednak nie skończyło się to tragicznie. Ich życie brnęło dalej do przodu, gdy Tess odzyskiwała chęci i werwę do życia u boku nowo układanego męża.


Wielu mogło stawiać ich jako wzory negatywne. Zarówno upartego Vincenta, jak i szaloną oraz bezwzględną Tess. Nie mniej patrząc na ich historię związek który stworzyli mógł by być wzorem, gdy trwali przy sobie pomimo przeciwności - akceptując swoje potrzeby, poglądy czy inne dewiacje. Nawet kiedy Vincent wycofał się zupełnie z działalności na północy wracając do Theramore, a ona dalej pozostawała kurczowo przy misji swojego byłego męża układało im się całkiem nieźle nie mieszając tej różnicy poglądów z prywatnymi sprawami. To wszystko jednak do czasu pewnej tajemniczej misji, której akta są zatajone.


Informacje dotyczące samej misji są wyjątkowo skąpe. Wiadomo, że wraz z grupą kilku osób udała się do Nowego Hearthglen by tam prowadzić pełną inwigilację bez powrotu do twierdzy w Dragonblight. Trwało to około 2 tygodni po których Tess jako pierwsza powróciła, gdy reszta jeszcze działała pod przykrywką. Nie wiadomo, czy udało jej się wykonać powieżone zadanie, czy też nie - nie mniej zaraz po powrocie otrzymała "urlop". Technicznie rzecz biorąc to jej mąż już po pierwszym dniu przepustki zjawił się na północy, wymusił ujawnienie dla niego akt misji, następnie wyzwał odpowiedzialnego za misję oficera na pojedynek dekapitując biedaka na miejscu. Sama worgenka pozostała poza zasięgiem armii aż do czasu szturmu na wspomniane miasto wraz z siłami Khaz'Modan. Wtedy to powróciła z nowymi siłami i chęciami włączając się do walki.

Od kiedy mąż powiedział, że wygląda niesamowicie w sukniach...

Nowy zapał jednak nie trwał długo. Równolegle z czasem, kiedy Koszmar wylał się na Azeroth ona została porwana w tajemniczych okolicznościach. Tak na prawdę nikt nie zainteresował się głębiej tą sprawą. Informacje o incydencie nie dotarły nawet do Vincenta. Może to i dobrze, bo ledwo po tygodniu Tessane powróciła do jego twierdzy w Theramore. Jednak odmieniona. Głównie psychicznie. Nieustraszona do tąd kobieta, która na każdej misji wystawiała się na pierwszy atak, balansując ze śmiechem na linii między życiem a śmiercią... Zdaje się przerażona. Winę można oczywiście zrzucić na jakąś paranoje - ale efektem tego tygodnia do Ekspedycji Przymierza spłynęły dwie informacje: o byłym szeregowym będącym teraz Opuszczonym i o rezygnacji pani Kapitan z działalności na północy.

Aktualnie - nieustannie u boku swojego męża


W chwili obecnej kapryśną worgenkę można zastać wszędzie tam, gdzie udaje się jej mąż. Czyli najczęściej po prostu siedzącą przy nim w Theramore. Jakkolwiek z początku mogło się to wydawać urocze, tak z czasem nabrało już niezdrowego nawyku gdy kobieta stała się swoistym cieniem, wiecznie czujnie przypatrującym się okolicy zza pleców Wysokiego Lorda Theramore. Ciężko nawet ocenić, czy ich tak częste wypady do Gilneas są faktycznie jej pomysłem, czy też jego by urozmaicić życie swojej żony.


Nie mniej cokolwiek się wydażyło w ostatnich tygodniach w życiu tej kobiety wpłynęło na nią drastycznie - zmieniając w pełni jej zachowanie i upodobania. Kto wie czy też nie charakter. Ale to ciężko ocenić, bo nie zmieniło się jej milczenie wobec postronnych osób.







Inne

W formie worgenki
Humorzasta worgenka
  • Należała do Ekspedycji Przymierza, gdzie ku swojemu niezadowoleniu dorobila się statusu Kapitana. Później w niewyjaśnionych głebiej okolicznościach odeszła od armii na rzecz "normalnego" życia.
  • Stanowczo jest szalona, ale ciezko stwierdzic kiedy tak wlasciwie to szalenstwo sie zaczeło.
  • Zaczynała igrać z magią i równie szybko co zaczęła to skonczyła pokładając ufność jedynie w broniach palnych.
  • Trudno przeoczyc, ze jedyna osoba zdolna dotrzec do tej wdowy jest jej mąż Vincent Van'thel o ktorego to gotowa jest walczyc do ostatniej kropli krwi.
  • Stanowczo jest masochistką (jej mąż zapewne też).
  • Ostatnimi czasy jej choroba psychiczna sięgnęła chyba apogeum, kiedy to niczym ślepe i głuche dziecko podąża wszędzie tylko za mężem, samej nie pojawiając sie nigdy i nigdzie. Nie wiadomo co jest tego przyczyną...