Historia Soleandry

Z Wiki_RH
Skocz do: nawigacja, szukaj
W obawie przed demonicznym dziedzictwem

Soleandra została zrodzona z bardzo młodej, ludzkiej kapłanki. Z tego powodu była źródłem plotek, jakoby była owocem gwałtu. Jednak plotki te skutecznie zniknęły, gdy dotarły do samej matki, powodując u niej nieskrywaną wściekłość.

Jeżeli zaś chodzi o samą pół elfke z początku swojego życia była pod ścisłą opieką kapłanów i nieustanną obserwacją. Ona sama uważała to za normalne będąc jeszcze dzieckiem. Tymczasem ścisłe grono najwyższych kapłanów, wraz z jej matką, obawiało się demonicznego dziedzictwa dziewczyny. Przez cały ten czas nie doszło jednak do najmniejszego incydentu.

Księżycowa Polana


Ze względu na brak jakichkolwiek problemów z wychowywaniem małej, gdy Kal'doreiski druid napomknął o możliwości szkolenia dziewczyny w odosobnieniu jego propozycja została zaakceptowana, a Soleandra odesłana na Księżycową Polanę.


"Oto jest otchłań, studnia wszystkich dusz.

Z tych szmaragdowych wód życie zacznie sie znów.

Pójdź w me objęcia, dziecię me.

W mych ramionach Wieczność czeka cię."


Wszelkie informacje na temat Kal'dorei wsiąknęły w pół elfkę bardzo głęboko - zarówno wiara w Elune, jak i historia oraz ich język. Przejawiała ogromny entuzjazm w swojej nauce, pomimo niechęci innych Kal'dorei do mieszańca. Dlatego jej szkolenie toczyło się dalej, wkraczając na ścieżki druidyzmu. Z pięknych zabudowań katedralnych Sol wkroczyła w dzikie ostępy ucząc sie przetrwania i kontaktu z duchami zwierząt. Jej mentor, Dornell Wildleaf, był mistrzem przemian. To pod jego naciskiem Soleandra opanowała przemianę w panterę i kruka - jednak w jego opinii przemiany te były żałosne. Nie dawały większych benefitów jak posiadanie broni (szpony u pantery) czy sztuka latania (kruk). I pomimo jego najszczerszych chęci pół elfka nie była w stanie tego udoskonalić.

Dornell Wildleaf


Za to dziewczyna całkowicie odnalazła się w sztuce leczenia oraz manipulacjami snami. Niestety w tych dziedzinach napotkała w pewnym momencie barierę, gdy nie mogła się rozwijać już inaczej jak poprzeć doświadczenie i ćwiczenia. Księżycowa Polana była piękną ostoją, pełną zwierząt dzielących się swoimi doświadczeniami... Lecz brakowało tam zajęcia dla uzdrowicielki, a szmaragdowy sen również wydawał się poza jej zasięgiem.

Wtedy to powróciła do kaplicy Northshire ku radości matki. Tam, pomimo różnicy w wierze, sposobie leczenia i wyglądzie, została zaakceptowana i rozwijała swoje zdolności lecznicze wraz z innymi kapłankami. Okazało się to dość dobrą nauką, bo poza praktyką opanowała leczenie bez dostępu do natury - tak szokujące dla wielu druidów, gdy opuszczają swoje lasy.

Jej pierwszym prawdziwym wyzwaniem oraz krokiem w dorosłość było wyruszenie wraz z matką oraz ekspedycją na Draenor. Pierwsze walki z hordami demonów - medycy mieli zajęcie przez cały czas. W dość brutalny sposób wtedy to Soleandra nauczyła się leczyć rany zakażone energią Fel. Nie jednokrotnie były to rany, których zaleczenia zależało życie lub śmierć żołnierza.


Całą tą tyradę przerwał incydent, gdy patrol, w którym znajdowała się pół elfka zaatakowała wojowniczka Shivarra. Atakując z zaskoczenia zdołała wyeliminować większość kapłanów raniąc i pół elfke dotkliwie. To po tym ataku Soleandra została wyeliminowana na długo z jakichkolwiek działań na Draenorze, oraz została odesłana na powrót do kaplicy Northshire. Nie musiała długo czekać, gdy dołączyła do niej jej matka - ta jednak w dużo gorszym stanie. Pół elfka próbowała ze wszystkich sił podtrzymać matkę przy życiu, jednak kapłanka bez możliwości chodzenia po prostu gasła powoli. Wtedy to dała córce kamień, który jakoby umożliwiał Aerandirowi na zlokalizowanie osoby posiadającej go oraz pozwalał na bezpośrednie wezwanie łowcy w razie zagrożenia.

W pewnym momencie jej matka zniknęła... Soleandra szukała jej panicznie odnajdując wieczorem standardowo przy stoliku w kaplicy. Nie padły wtedy żadne słowa, wszystko było jasne. Verna zmarła niedługo po tym, szczęśliwa i pogodzona z życiem. Inaczej jednak było z pół elfką - Ta poczuła się jakby straciła swoje miejsce na świecie. Miasto wydawało jej się obce, więc udała się w stronę Księżycowej Polany.

Będąc jeszcze w Azsharze była świadkiem jak jej ojciec upada - dosłownie. Wbił się w ziemie tworząc dość imponujących rozmiarów krater skażony Fel. Nie wyglądał jak powinien - więcej było w nim z demona niż kogokolwiek innego. Do tego tak jak ona rozpoznała go, tak i on zauważył oraz rozpoznał Soleandre. Zażądał wtedy zwrotu kamienia pozwalającego mu na jej lokalizacje. Zrozumiała wtedy, jak bardzo silne są więzy krwi - nawet nie potrafiła go potępić, dalej go kochała, jako swojego ojca. Zrozumiała również, że Aerandir ma problemy z kontrolą nad swoją demoniczną częścią, dlatego chce odciąć się od córki by nie narażać jej. I właśnie ze względu na to wszystko nie pozwoliła mu na odebranie kamienia, lecz uciekła. Dopiero później zorientowała się, że jako pantera nieopatrznie wstąpiła na brzegi krateru paląc sobie łapy.

Wraz z Reginaldem, za dobrych czasów

W jakiś czas po tym powróciła do Stormwind będąc zmuszoną do zakończenia spraw spadkowych. Wtedy to poznała Reginalda. Ta niezwykle intrygująca i przystojną w jej mniemaniu osoba złożyła jej propozycje udania się na wyspę Teldrassil, gdzie Soleandra jeszcze nigdy nie była. Takiej propozycji sie nie odrzuca. Do nich dołączył jeszcze Redarian, mający się szkolić pod okiem sprawniejszego wojownika.

Tak rozpoczęła się przygoda na ziemiach elfów. Z początku powitani strzałami niewidomej elfki, następnie powoli akceptowani niczym drobny dodatek do krajobrazu Teldrassil. Wraz z upływającym czasem, gdy Redarian stawał się dobrym przyjacielem Sol, tak Reginald obmurowywał się zasłonami tajemnic, niedomówień a czasem nawet kłamstw. A i pomimo tego pół elfka nie mogła nic poradzić, że bez względu na odepchnięcie (a może własnie ze względu na nie) rosło w niej uczucie do tego człowieka. Wtedy też poznała Tarranei. Była to pierwsza Kal'dorei, która pomimo swojego chłodu i dystansu sprawiała wrażenie przychylnej. Wręcz wyjątkowo przypominała Soleandrze jej ojca.

Tak im mijał pobyt na Teldrassil - dzieliła swój czas między składanie Redariana po treningach, rozmowy z Tarranei, zwiedzanie samej wyspy oraz łapanie każdej chwili, jaka była jej dana na spędzenie w towarzystwie Reginalda. Jednak najwyraźniej w pewnym momencie psie oddanie pół elfki zaczęło przeszkadzać wojownikowi. Wziął ją na rozmowę ujawniając, że kocha pewną Kal'dorei pomimo tego, że ta zniknęła z jego życia. Stwierdził wtedy, że muszą się rozstać na jakiś czas. Jednak to ona odeszła, w formie kruka odlatując w stronę wodospadów.

Wtedy to po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyła czerwonego smoka, który leciał przy drzewach niedaleko granicy wyspy. Sparaliżowana mieszaniną strachu i podziwu dla tego stworzenia gdzieś po drodze zapomniała machać skrzydłami. Jednak lewiatan magią utrzymał ją w powietrzu a następnie odesłał na ziemie pozwalając pół elfce jedynie na podziwianie swojego oddalającego sie wizerunku.


To spotkanie wpłynęło definitywnie na Soleandre, lecz ciężko powiedzieć czy pozytywnie czy negatywnie. Jej samoocena spadła gdzieś poniżej wartości zerowej, jednak zacisnęła zęby i stwierdziła, że trzeba działać. Udała się do Auberdine gdzie z całych sił spróbowała się wmieszać w trochę bardziej tolerancyjne towarzystwo ze względu na portową naturę miasta. Zaczęła zarabiać łowiąc ryby. Nawet wdała się w pojedynek z miejscowym krasnoludem, mistrzem łowienia. Oczywiście przegrała, lecz uzyskała wiele cennych rad od starego wyjadacza. Co więcej pracując dla Kal'dorei udało jej się zasłyszeć o problemach na ziemiach Darkshore. Ponoć zarówno owlbeasty jak i furlborgi nieopodal Auberdine stały się niesłychanie agresywne. Co więcej agresywność ta wydawała się udzielać i dzikiej florze tych lasów. Sol postanowiła to sprawdzić przekradając się w formie pantery pomiędzy owlbeastami. Tak doszła aż do kryształu, gdzie jednak przekonała się na własnej skórze o agresywności zwierząt. Wydawało się, że to właśnie kryształ i jego aura były przyczyną spaczenia. Będąc tam sama, pomimo wyczerpania fizyczną walka podjęła jednak nieudaną próbę zniszczenia kryształu. Następnie musiała się ratować ucieczką.

Mocno poraniona powróciła do gaju w Teldrassil, gdzie zajął się nią Reginald, a Tarranei uzyskała informacje o krysztale. Pomiędzy Soleandra a Reginaldem wszystko wydawało się znów układać dobrze. Nawet ujawnił, że dokucza mu ciągłe przewijanie się różnorodnych osób w miejscu, które powinno być jego samotnią. To pchnęło Sol do podróży do domu w Ashenvale w celu sprawdzenia jego stanu. Wraz z nią udała się Tarranei, chcącą powrócić do służby, oraz wysoki elf, który z prośby Reginalda miał je ochraniać.

Okazało się, że dom dalej stał nietknięty zniszczeniem. Więc gdy tylko wróciła zaproponowała Reginaldowi, że może go mu oddać, gdy tylko będzie miał potrzebę odcięcia się od tłumów. Niestety napotkała dość brutalną odmowę, która nią wstrząsnęła. Co więcej ponownie została odrzucona ze swoimi uczuciami tak, że wydawało się to poruszyć nawet kamienną Tarranei. Ta odprowadziła tylko wzrokiem Sol, gdy odchodziła do Stormwind.

Jeszcze na Teldrassil Sol miała okazje poznać dość nietypową osobę, jaką była Karina. Wtedy miała okazję być jej przewodniczką, gdy tymczasem podczas ponownego spotkania w lesie Elwynn zaprzyjaźniły się bardzo. Poza tym pobyt pół elfki obfitował w niespodzianki - zaczynając od drobnych manipulacji pogodą, poprzez atak ghula i groźby nekromanty pod jej adresem kończąc na długich dyskusjach z Inkmarcem, będącym znajomym Reginalda oraz źródłem nowych informacji o nim.

Powracając do domu w Ashenvale przeokrutnie zatęskniła za swoim ojcem. Tym bardziej wstrząsnął nią sen pierwszej nocy... W którym to spełniło się wszystko, czego pragnęła, a następnie to wszystko zostało odebrane przez... Właśnie jej ojca. Następnie pojawił się i czerwony smok, który ją wyśmiał. Pomimo tego, że sen pozostał snem, ten śmiech miał ją prześladować jeszcze przez wiele nocy...

Smocze towarzystwo


Z tego koszmaru obudził ją Reg, zjawiając się z przeprosinami i wieścią, że... Może być dla niej jeszcze szansa w jego życiu. Tyle Sol wystarczyło, choć od tej pory i tak dzieliła czas pomiędzy jego gaj a swój dom.


"W najciemniejszej zazdrości rodzą się demony"


"Błogosławieni ci, którzy stanęli przed splugawionymi i nikczemnymi, i nie cofnęli się. Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni są najbardziej szlachetni - bez względu na to jak ich oceniają inni."