Historia Artho

Z Wiki_RH
Skocz do: nawigacja, szukaj

„Lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwolenie.”

Groteskowy motyw muzyczny

Arth.jpg

"Jak ja byłem w Twoim wieku..."

Za wiele to Artho o swoich chłopięcych latach nie opowiadał. Podobno urodził się w Lordaeronie, lecz dorastał w Theramore. O przyczyny tej przeprowadzki pytać chyba nie trzeba. Ani nie wypada. O rodzicach nie opowiadał. Podobno żyje jeszcze jego matka. A ojciec? Światłość wie gdzie... Jeżeli chodzi o warstwę społeczną, Artho i jego zacna rodzinka Foxmoore, posiadają herb! I zawołanie!

Ale z majątkiem już ciężej. Samotnej matce ciężko jest utrzymać rodzinę, nawet tak niewielką. Do Stormwind przybył w wieku kilkunastu lat. Cel? Nauka.


AFoxmoore.png


Stormwind, czyli co w kanałach znaleźć można?

Młody, czternastoletni chłopaczek w wielkim mieście. To nie mogło się dobrze skończyć... Wszystko zaczęło się od Srebrnego Szlaku-gildii kupieckiej, której mistrzem był Ferumdriel. Krótki epizod w życiu młodzika, nie dostarczający wiele więcej ponad dobytek. Na dobry początek.

Akademia Magiczna: Powołanie, miłość i całe życie Artho. No, może nie całe, lecz jeżeli by porównać życie do ludzkiego organizmu, magia była dla Artho niczym kręgosłup. To na niej opierał całą resztę swojego życia.

A start był wręcz wyśmienity. Artho został dostrzeżony przez Garonda Naethona, ówczesnego dyrektora Akademii Magicznej. To od niego właśnie pobierał nauki.

„W końcu karaczany zabija się butem, nie za pomocą zaklęcia deszczu meteorytów” Garond Naethon

Już wówczas wiedział, że jednak karaczany będzie zabijał za pomocą tego zaklęcia. Swoje zainteresowana skupił bowiem na dziedzinie magii bitewnej.

Pierwszy sprawdzian przyszedł nader szybko. Bitwa o Dun Modr. Artho miał wówczas zaledwie 16 lat. Był jednym z niewielu osób znających się (raczej mniej niż bardziej) na władaniu sztuką tajemną. Generał Moran nie mógł więc wybrzydzać.

Artho nie został nigdy uznany za pełnoprawnego maga Akademii Magicznej. Jego mistrz, Garond Naethon zaginął niedługo po bitwie o Dun Mord. Jego następczyni, Cathrilla Silverine nie zdążyła wyznaczyć Artho kolejnego opiekuna. W tajemniczych okolicznościach opuściła miasto, wraz z jej odejściem z Akademii odszedł również młody Foxmoore.

Wojsko Sprzymierzone

Jeżeli samą magię można uznać za kręgosłup Artho to wojaczkę można uznać za jego twarz. Do Wojska Sprzymierzonego wstąpił w wieku lat siedemnastu. Szybko zaskarbił sobie sympatię ówczesnego przywódcy, Akrana. Krasnolud postanowił wykorzystać jego talent do papierkowych robótek, obsadzając go dość szybko na stanowisku oficerskim tej militarnej organizacji najemniczej. Chorąży Artho Foxmoore zajmował się głównie prawnymi aspektami działalności organizacji oraz dyplomacją szeroko pojętą.

Zwany Lisem... Artho w swojej polimorficznej formie

Nic tak nie motywuje jak sytuacja kryzysowa. Organizacje najemnicze, takie jak Wojsko Sprzymierzone mają zmienne szczęście. Raz na wozie, raz pod wozem. Raz na wieży, raz pod wieżą, raz w powietrzu, gdy wieża eksploduje. Tak było i tym razem. Cała kadra oficerska Wojska Sprzymierzonego znalazła się w powietrzu. Artho, zaledwie osiemnastoletni chłopak, został przywódcą sypiącej się nieco organizacji najemniczej.

Czasy były niespokojne. W każdej ulicy Stormwind piszczało coś podejrzanie. Ciemne uliczki nie spały. Nigdy. Cały czas w nich coś rzęziło. I jeszcze plaga za murami. Stormwind nie spłonęło... Ale i tak było wesoło.


Lasy Mroku nie zachęcają do spacerów

Zaczęło się niewinnie. Ot, więcej trupów w Lasach Mroku. Skończyło się, cóż... Na lesie opanowanym przez Plagę. Darkshire zniszczone. Pełno smrodu, i rozkładających się, rozbieganych ciał, hasających sobie po lesie i wyłażących z niego w losowych kierunkach. Tak, obrazowo mówiąc. Zdaniem Artho, Straż i Armia Stormwind, działały opieszale. Co mógł poradzić na to przywódca militarnej organizacji najemniczej? Mógł zorganizować partyzantkę...

Ktoś musiał wleźć w ten las i założyć obozy.
Słowo-miecz pułkownika Wojsk Sprzymierzonych
Ktoś musiał znaleźć miejsca na rozstawienie artylerii, która ostrzelała Darkshire. Ktoś musiał wyrzynać po kolei rozłażące się wszędzie trupy. Następnie walki o Stormwind... Cóż, Artho namachał się trochę mieczem, trochę pomyślał planując kolejne posunięcia... Królowi chyba się to spodobało. Gdyby się nie spodobało, Wojsko Sprzymierzone raczej nie zostałoby wcielone do Armii Stormwind a Artho nie uzyskałby stopnia pułkownika.


Bitwa o Żelazną Kuźnię... Wśród roztańczonych trupów, Wojsko Sprzymierzone szarżujące na fale ghuli... Cóż, piękny obrazek. Dopóki nie wylazły abominacje...

Słuch o Artho zaginął parę miesięcy po bitwie o Kuźnię. Przeznaczenia nie da się oszukać...

Ballada o Czarnym Lisie





Na świecie zaległy cienie,

Pierdolnik0.jpg

Jest tyle wątpliwości,

Wszystko trawią ludzkich serc płomienie,

Nie znajdziesz sprawiedliwości…


Spójrz na księżyc!

Nie szukaj odkupienia,

Tam w dole szeregi pawęży,

Ludzie, łakną nawzajem swego istnienia!


Nie starczy im wiary…

Nie polegną ci inni…

Bo liczy się tylko czas i wymiar kary.

Tak naprawdę, oni wszyscy są winni.


Gdzieś na zamku zatańczą cienie.

Pierdolnik1.jpg

W salach zapach krwi.

Gdzieś w dole tłumione słońca promienie,

W tętnicy zatopione kły,

Noc, krzyk i mroczne sny.


Kochają mrok…

I krew…

I ludzki strach.

Udręczonej duszy śpiew

I cmentarny piach,

Słońca odbity blask,

Zniekształcony przez bryłę księżyca…

To wszystko, co ich zachwyca.

I nic prócz tego nie ma znaczenia…

Ni morze, ni pieśni ni czas, co wszystko odmienia,

Ni przelana krew, ni możliwość zbawienia…

Bo nienawiści dźwięk i smak głodu,

Pierdolnik2.jpg

Wrzask Banshee odbity od ścian kaplicy.

To jest chleb powszedni tego rodu,

Oni, Cienia strażnicy,

Martwi do połowy,

Zbyt słabi, aby zrzucić życia okowy,

Pokonawszy fatum,

Zbyt rozsądni, aby ukazać się światu…


Nie kryją się w mroku,

Nie znajdziesz ich w cieniu,

Nie zniesiesz ich wzroku,

Choć nawet nie wiesz o ich istnieniu.

Nie dotrzyma im kroku,

Ten kto nie słyszał o zbawieniu.


Pierdolnik3.jpeg

Są, lecz ich nie ma.

Żyją choć nie życiem.

Poznali, choć nie zna ich ziemia,

Boisz się, lecz pozostajesz w zachwycie.


Ujrzysz ich w nicości,

Usłyszysz w milczeniu,

To oni zobaczą twe kości,

Lecz nie zależy im na Twym odkupieniu.


Nasza słabość ich potęgą,

Pierdolnik4.jpg

Ich siłą nasz lęk.

Są gdzie wzrok nie sięgnął,

Tam gdzie umysł ludzki pękł.


Nie pokonamy ich mieczem,

Nie da im rady ogień,

W nicość bestia nas zawlecze,

Strawi nas to, co samo się nazywa bogiem.


Ucieczka nic ci nie da,

Dopadną nas wszystkich,

Mrocznych cieni czereda,

Wyciągnie nam z serc naszych bliskich.


Brat do gardła bratu skoczy,

Cień oczy zasłoni,

Pierdolnik5.jpg

Nienawiść umysł nam zamroczy,

Staniemy się tacy jak Oni.


Na wpół martwi…


Stada mrocznych harpii…


Zatrute serca i poranione dusze,

Powodzie, pożary, susze,

W mroku pogrążone sny,

Bestie utkane z mgły,

Upadli aniołowie,

Nowi nocy królowie,

Błądzące myśli w nieskończoności,

Zniekształcone twarze, ograniczenie wieczności,

Miliony oczu, spoglądających na ludzi,

Ci, których nic już nie obudzi.


Blady promyk nadziei…

Pierdolnik6.jpg

Świt tak daleko…

W oczach blask płomieni,

Śmierć, co w bramie czeka,

Na mnie, na ciebie,

Na każdego człowieka…


Stosy...

Groby miłości i przyjaźni.

Twarze tych wszystkich, którzy byli dla nas ważni,

Zieleń oczu, zatruwająca myśli,

Mamiąca zmysły,

Niszcząca to co miało nam się przyśnić,

Co miało nas czekać...


Nie mam sił uciekać.

Czaszki i klatki żebrowe,

Miecze, porzucone okowy,

Wszędzie odór miłości...

Spalonej na wiór.

Już w piersiach brakuje tchu...

Już moje siły na nic,

Doprowadzony do granic,

Ciemność, strach i cierpienie,

Oczy zaszły czerwienią,

Już niczego nie zmienię...


Modlitwa o szybką śmierć...


Groby ludzkich serc...


Błądzące postacie w ciemności...

Stosy mięsa i kości,

Strzępy szat i zardzewiała broń,

Gdzieś w dali płaczący dzwon,

Posępne wieże kościoła,

Śpiew mrocznego anioła...


I te zielone oczy...

Milczenie...

W nim znajdę ukojenie.


Wrócił... Tacy jak on zawsze wracają. W najmniej odpowiedniej chwili. Co się z nim działo? Tego raczej nikt by się nie domyślił... Gdyby nie to, że Artho nagle przestał żyć. Co nie przeszkadzało mu w funkcjonowaniu. Gdyby nie to, że poznał nekromancję. I to całkiem nieźle. Gdyby nie to, że stał się rycerzem śmierci.

Plaga... Bo musiało to się tak skończyć.

Uwaga! Informacje zawarte w tym rozdziale nie są powszechnie znane!

Historia o miłości, przeciwnościach i zdradzie, czyli jak Artho nauczył się postępować z kobietami.


„Pomiędzy biedą a szczęściem istnieje głęboka przepaść. Nadzieja przerzuca przez nią most, ale wisi on w powietrzu.”


Zaczęło się niewinnie. Jak zwykle. Młody, dzielny, ambitny, w służbie Arthasa. No dobrze, może nie tak niewinnie. Ambicja zawsze prowadzi do katastrofy. Opiekunem Artho w szeregach plagi został niejaki biskup Recyn. Kilka lat temu miał on przyjemność uwięzić Artho w lochach inkwizycji za jakiś wybryk pod Katedrą Światłości. Ten sam, miał go nauczać nekromancji, ten sam miał mu zlecać zadania. I zlecił... Inwigilacja Straży Stormwind. Artho, przyjąwszy tożsamość Anorletha Dragowinga, wstąpił do Straży, gdzie szybko awansował na stopień kaprala. I wtedy się zaczęło...

W opisanej niżej historii, udział wezmą: Everard, stary przyjaciel Artho, strażnik. Caridan, stary przyjaciel Artho, przywódca Wilków. Yusa, młoda, zagubiona, kochająca zwierzaczki i później Artho. Naist, zdradziecka agentka. Witcher, mroczny rycerz śmierci, lider Hebanowego Ostrza. Attan, niezrównoważony psychicznie mag, przyjaciel Artho.

Nie wiadomo do końca co najbardziej spodobało się Artho w Naist. Może jej rude włosy? Może oczka? Może uszy? Nie, uszy na pewno nie. W każdym razie, biedaczysko zakochał się. Z wzajemnością (no, może nie do końca). Rycerz śmierci zakochany... Już jest śmiesznie, prawda? Naist była młoda (tylko o 200 lat starsza od Artho), zgrabna, ambitna... Przynależała do Wilków, organizacji prowadzonej przez Caridana, starego przyjaciela Artho. Na pierwszy rzut oka, piękna para: Wilczyca, zwiadowczyni i kapral straży. W rzeczywistości rycerz śmierci i agentka wywiadu.

Jednak Artho wciąż przeszkadzał drobny szczegół... Taki szczególik, który wwiercał się w umysł z podobnym rezultatem jak gnomie urządzenie wiertnicze wwierca się w ludzkie kolano. Dzięki Światłości Artho mógł jednak chodzić. Tym szczegółem była oczywiście wola Zdrajcy. Jednak, czyż jest przeszkoda, której miłość nie pokona? Wyłączywszy oczywiście kamienny mur, wysoki na 10 metrów i gruby na 3 metry. Wyłączywszy oczywiście lodowce górskie, długie dystanse, senność oraz, w myśl zasady dwóch stanów mężczyzny: głodny i napalony, wyłączywszy głód i kilka innych rzeczy. Ale wolę Arthasa pokonała. Naist zorganizowała spotkanie z Witcherem (wówczas Artho nie zastanowiło, skąd zwiadowczyni Wilków zna mrocznego Witchera... Tak, kretyn). Żaden żywy Rycerz Śmierci nie działa dla Arthasa z przymusu. Kiedy nie chce słuchać jego woli... Po prostu odchodzi. Tak się stało i tym razem. Artho, za otrzymaną pomoc od Witchera przyrzekł mu, że do Stormwind nigdy nie powróci. Kretyn...

Do Acherusa Artho nigdy nie przybył. Błąkał się po lasach... Sam. Kiedy sentymenty przygnały go w okolice Elwyn... I tu należy wprowadzić kolejny wątek... Spotykanie starych znajomych, w szczególności niezrównoważonych psychicznie magów, kończy się źle. Co się stało tym razem, kiedy Artho spotkał się z Attanem? Znaleźli dziewczynkę. Wiem, o czym pomyślałeś drogi czytelniku. Jesteś zboczony, wstydź się!

Dziewczynka, jak się okazało, miała problem z opanowaniem drzemiącego w nim talentu magicznego. Attan, cóż... Podejścia do dorastających dziewczynek nie miał. Artho był niewiele starszy od Yusy (bo to właśnie Yusa, jak już pewnie zdążyłeś się domyśleć, drogi czytelniku), stwierdził, że będzie dla niej lepszym nauczycielem niż Attan.

Yusa oficjalnie trafiła pod skrzydła Wilków. Artho w tym względzie musiał zaufać Caridanowi (oczywiście ujawniając całą prawdę o sobie). Yusa okazała się dla Artho jak balsam na rany po stracie Naist, o której słuch zaginął po spotkaniu z Witcherem. Nie wspomniałem o tym, mój błąd. Naist jednak pojawiła się w najmniej spodziewanym momencie. Akurat, kiedy lek przeciwbólowy w postaci Yusy zaczął działać.

Artho złamał przysięgę daną Witcherowi. Dlaczego? Cóż, jak zwykle bohaterski jak Perceval i głupi jak but dał się wciągnąć w intrygę, ruszając Yusie, która została pojmana przez nadgorliwego strażnika, na pomoc. Skorzystał z dawnej tożsamości, aby wyciągnąć Yusę z więzienia. Jak to się skończyło?

Witcher znalazł Artho. Za sprawą Naist, rzecz jasna. Spełnił swą obietnicę. Naist zaś... Cóż, Naist zajęła się Yusą. I Everardem. Ci, którzy mieli coś wspólnego z Artho, skończyli swój żywot podobnie jak on...


„Śmierć jest wiecznym schroniskiem, w którym nic się nie odczuwa”


Pierdolnik7.jpg

Sevillian i Arget... Kto wpadł na pomysł wskrzeszenia Artho jako Opuszczonego do końca nie wiadomo. Wiadomo, że to się stało.

Pracując jako przedstawiciel handlowy Wieży Słońca Artho zbierał nowe znajomości, odnawiał stare, inne zaś kończył. Na przykład znajomość z Naist. Skrócona o głowę elfka, nie była miłą towarzyszką rozmów. Wieża Słońca ceniła Artho, jego rzetelność i łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Jednak rynek rządzi się swoimi prawami. Ekonomia jest nauką zadziwiającą, wśród zależności, ceł, cen, marż i tak dalej i tak dalej, Wieża Słońca zaczęła podupadać. A Artho począł szukać innych źródeł dochodu. I tak się zaczęła jego kilkumiesięczna przygoda ze Srebrzystą Krucjatą.

Artho nie wsławił się niczym szczególnym. No, może poza umiejętnościami magicznymi i momentami nieco bardziej logicznym myśleniem niż reszta rekrutów, nie umniejszając tu nikomu. Dostrzegła go Arcynekromantka Beloreth. Niestety... Oczywiście lekcje u niej, pomogły Artho nieco lepiej opanować sztukę nekromancji. Jednak wśród Srebrzystej Krucjaty patrzono na te umiejętności spode łba. Tuż przed unią Srebrzystej Krucjaty i Rycerzy Hebanowego ostrza, Artho został Kapitanem Krucjaty. Jak szybko zdobył ten tytuł tak szybko go stracił... Felerny zwiad, w którym zginęło czworo członków Krucjaty: Enimgs-półork, Kalitha Snow – cicha i spokojna dusza, nie wadząca nikomu, Shwi – pseudo-psion oraz Helsion-paladyn, również w randze kapitana. Przeżył jedynie Artho... Jakimś cudem. Może zawdzięczał to swej nieumarłej powłoce. Cholera wie...

Po tym incydencie Artho został zdegradowany i internowany przez jakiś czas. Prosząc o przepustki w celu powrotu do swego rodzinnego Theramore, nie uzyskał ich. Wbrew woli przełożonych, działał na rzecz Theramore, o czym wiedział jedynie Lord Vincent Van'thel. Motywacja kierująca Artho nie była do końca jasna, pewnie nawet dla niego samego. Tęsknota? Być może... Faktem jest, że szukając schronienia w swym dawnym domu, musiał dowieść swojej wartości. A jak można lepiej to udowodnić, niż rzucając się w pojedynkę na całą wioskę klanu Grimtotem? Sam jeden, naprzeciwko siedmiu setkom rozjuszonych Taurenów. Skutki były trochę zadziwiające. Artho przeżył. I zabrał na tamten świat pokaźną część wioski.

Theramore było domem Artho. Było... Dawno temu. Po ataku na wioskę Grimtotem, Artho rozmawiał z Lordem Van'thelem tylko raz. Później opuścił Theramore i nigdy tam nie powrócił. Jego nowym domem stało się Podmiasto. Obecnie, osoby które wiedziały, że Artho przybrał nowe ciało i nowe imię już nie żyją. Artho zniknął, aby pojawić się jako Hrabia Joseph de Northfolk.


Artho Foxmoore - szpetny, lecz szlachetny nekromanta.

Kilka wspomnień

(Jeżeli ktoś będzie miał wenę, żeby skrobnąć - zapraszam)


"Nie chcę z nią spać! Co ja szczur jestem, żeby po śmietnikach jadać?!" - Artho na propozycję spędzenia nocy z pewną elfią damą.

"Zastanawia mnie, czemu dołączył do Krucjaty zamiast do Ostrza...ze swoją ukrytą, dwulicową naturą zakłamanego hipokryty i talentem do grania na wiele frontów pasowałby tam jak ulał. Pieprzony farciarz...gdyby Amahtoohe i Silverbow mnie nie obezwładnili, urwałbym jego jaja i wepchnął mu do gęby. A dla pewności wbiłbym jeszcze topór w tą szczurkowatą mordę." - Eist Helbrass, jeszcze przed egzekucją.